Pracy jeszcze nie dostałam, ale zaczęłam rozglądać się za pokojami do wynajęcia. Teraz za całkiem przestronne i przyjemne lokum płacę dwieście sześćdziesiąt funtów plus około sześćdziesiąt za rachunki, liczmy trzysta pięćdziesiąt w zaokrągleniu, już z internetem. W Guildford życzą sobie średnio cztery stówy często bez wliczenia rachunków. Region Surrey graniczy z Londynem i pewnie to jest powód zawyżonych cen. W samym Londynie jest jeszcze drożej, dlatego ludzie wolą dojeżdżać do pracy z okolicznych miasteczek. Jest duże zainteresowanie więc, wynajmujący mogą sobie pozwolić na podniesienie prowizji. Nie tracę optymizmu i liczę na to, że uda mi się znaleźć ładny pokój w rozsądnej cenie. Guildford to o wiele większe i na pierwszy rzut oka ładniejsze miasto niż Woking, stąd gotowa jestem wydać dodatkową pięćdziesiątkę ale ani grosza więcej ;)
Jak się pewnie domyślacie nie szukałabym pokoju gdyby dzisiejsza rozmowa kwalifikacyjna nie poszła pomyślnie. W piątek idę na dzień treningu, po którym ja mam zdecydować czy pasuje mi taki rodzaj pracy a pracodawca stwierdzi czy się nadaję i złoży ofertę z wynagrodzeniem. Całkiem fair. Przynajmniej obie strony mają szansę sprawdzić z kim mają do czynienia.
W życiu byłam na wielu rozmowach kwalifikacyjnych. Dawno temu, w czasach zakochania i budowania związku w Szczecinie trafiłam na szaloną właścicielkę, która pytała mnie o znak zodiaku i o to czy mam chłopaka. Moje odpowiedzi skwitowała " ja tam nie wierzę w Twoją miłość, pewnie za parę miesięcy zwiejesz za granicę" po czym maglowała mnie z niemieckich słówek z branży żaluzjowej. Prawdziwa czarownica, w czarnych natapirowanych włosach, pomalowanych szponach i o przeszywającym spojrzeniu. Wtedy nie byłam jeszcze odporna psychicznie i po wyjściu z biura trzęsły mi się nogi i chciało mi się płakać, taką negatywną energią emanowało to babsko. Innym razem zostałam zaproszona na rozmowę, podczas której cztery osoby siedziały na przeciwko mnie i strzelały kosmicznymi pytaniami. Wydawały mi się kosmiczne ponieważ miałam mało doświadczenia i niewiele osiągnięć, a do tego zadawane były na przemian po angielsku, niemiecku oraz po hiszpańsku. Istne pranie mózgu. Pamiętam, że wyszłam wypompowana, ale jednocześnie bardzo szczęśliwa i dumna z siebie. Miałam przeczucie, że zostanę przyjęta i faktycznie parę dni później zadzwonili z ofertą (której ze względu na nieciekawe zarobki nie przyjęłam).
Tak jak wczoraj pisałam, warto traktować rozmowy o pracę jak dyscyplinę sportową. Dzisiejsze rozgrywki były zupełnie niespodziewane. Pytań prawie nie było, oficjalnego paplania i stroszenia piórek też nie. Nikt nie sprawdzał na jakim poziomie jest mój niemiecki ani nie dociekał czym się zajmowałam. Pani (podobno miał być Pan) opowiedziała krótko co to za praca, na czym polega i jakie są etapy rekrutacji. Po chwili zaprowadziła mnie do jednego z pracowników, który miał mi pokazać co dokładnie robi. Na koniec padło pytanie czy widzę siebie na podobnym stanowisku i kiedy mogę przyjść na trening. Pięknie, gładko, bezboleśnie. Może to jakaś sekta? Może poszukiwacze potencjalnych dawców organów? Oceniają stan zdrowia na podstawie blasku włosów i koloru skóry, zatrudniają a później sprzedają na kawałki. A może po prostu zdają sobie sprawę, że rekrutacyjne przechwalanki nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości i lepiej jest zaufać kandydatowi i zobaczyć jak się sprawdzi.
Koniec końców z tej bezstresowej rozmowy wyszłam z wszystkimi wnętrznościami a w piątek rozstrzygną się moje dalsze losy.
O dążeniu do życia zgodnego z głosem serca. O życiu w wielkim mieście a obecnie na wsi. O podróżach w głąb siebie. O sztuce, pięknie i przyrodzie.
wtorek, 12 marca 2013
poniedziałek, 11 marca 2013
rozmowy dla sportu
Jutro moja druga rozmowa w Anglii. Pierwsza poszła dosyć gładko mimo, że trwała ponad godzinę i musiałam odpowiedzieć na mnóstwo pytań. Przeczuwałam, że pilnie poszukują pracowników, więc starałam się nie przejmować. Tym razem zależy mi znacznie bardziej na zrobieniu dobrego wrażenia. Nie chcę już pracy awaryjnej i będę bardzo zadowolona jeśli mnie zatrudnią. Z drugiej strony mam dach nad głową i mniejszy niż większy, ale jednak stały dochód co oznacza, że nie powinnam się spinać tylko podejść do wszystkiego na luzie. Jak do miłego spotkania towarzyskiego lub okazji do odwiedzenia nowej miejscowości.
W Szczecinie dosyć regularnie chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne. Rozglądałam się za nową pracą, ale nie miałam ciśnienia na szybką zmianę. Byłam raczej zadowolona z ówczesnego stanowiska i umawiałam się na spotkania bardziej dla sportu. Uważam, że nawet mając dobrą pracę warto przeglądać ogłoszenia, orientować się na rynku aby nie wyjść z wprawy i być na bieżąco ze zmieniającymi się sposobami rekrutacji. Przede wszystkim pozwala to uniknąć szoku w przypadku ewentualnego niespodziewanego zwolnienia. Czym częściej chodzisz na rozmowy tym bardziej oswajasz się z pytaniami które padają. Nie zapominasz języka kiedy słyszysz "jakim zwierzęciem chciałaby Pani być?" albo "co jest Pani największym osiągnięciem w dotychczasowej karierze?". Uczysz się zachowań, wiesz na co zwracać uwagę a do tego z każdym razem nabierasz większej swobody i dystansu w konsekwencji mniej się denerwując. Same korzyści, jak to ze sportem bywa.
Zastanawiam się czy pracodawcy zdają sobie sprawę, że odpowiednio przygotowana osoba lub wystarczająco rozgarnięta wie jakie odpowiedzi są oczekiwane i co podnosi prawdopodobieństwo dostania posady. Chodzi mi o to, że kandydat może odpowiedzieć jedno a zupełnie inaczej postępować w życiu, cała rozmowa może być zwykłą grą, scenką rodzajową w korporacyjnym teatrze. Potrzebne są tylko odpowiednie zdolności aktorskie lub umiejętność wyczucia sytuacji i "przeciwnika". W jakim stopniu takie rozmowy odzwierciedlają kwalifikacje i osobowość kandydata? Ile w tym wszystkim prawdy i związku z rzeczywistością a ile wymyślania i paplaniny?
To działa też w drugą stronę. Nawet oswojony kandydat nie przewidzi z jakim pytającym będzie miał do czynienia. W każdym zdaniu wypowiedzianym podczas spotkania można doszukiwać się drugiego dna, analizować czy nie jesteśmy poddawani manipulacji albo innym psychologicznym zagrywkom. Zastanawiać się czy nasza odpowiedź zostanie potraktowana dosłownie czy przetworzona według jakiegoś wzorca? Nie popadajmy w paranoję bo na pewne rzeczy i tak nie mamy wpływu.
Zatrudnianie pracowników to dosyć złożony wątek, którego nie mam czasu rozwijać. Muszę przećwiczyć swoją jutrzejszą kwestię. Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy i wkrótce opiszę nowe miejsce pracy. Niezależnie od wszystkiego uśmiech i niewielka, ale wyczuwalna dawka Coco Mademoiselle będą na swoich miejscach. Na szczęście kobiece sztuczki nie wpisują się w żaden rekrutacyjny szablon :)
W Szczecinie dosyć regularnie chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne. Rozglądałam się za nową pracą, ale nie miałam ciśnienia na szybką zmianę. Byłam raczej zadowolona z ówczesnego stanowiska i umawiałam się na spotkania bardziej dla sportu. Uważam, że nawet mając dobrą pracę warto przeglądać ogłoszenia, orientować się na rynku aby nie wyjść z wprawy i być na bieżąco ze zmieniającymi się sposobami rekrutacji. Przede wszystkim pozwala to uniknąć szoku w przypadku ewentualnego niespodziewanego zwolnienia. Czym częściej chodzisz na rozmowy tym bardziej oswajasz się z pytaniami które padają. Nie zapominasz języka kiedy słyszysz "jakim zwierzęciem chciałaby Pani być?" albo "co jest Pani największym osiągnięciem w dotychczasowej karierze?". Uczysz się zachowań, wiesz na co zwracać uwagę a do tego z każdym razem nabierasz większej swobody i dystansu w konsekwencji mniej się denerwując. Same korzyści, jak to ze sportem bywa.
Zastanawiam się czy pracodawcy zdają sobie sprawę, że odpowiednio przygotowana osoba lub wystarczająco rozgarnięta wie jakie odpowiedzi są oczekiwane i co podnosi prawdopodobieństwo dostania posady. Chodzi mi o to, że kandydat może odpowiedzieć jedno a zupełnie inaczej postępować w życiu, cała rozmowa może być zwykłą grą, scenką rodzajową w korporacyjnym teatrze. Potrzebne są tylko odpowiednie zdolności aktorskie lub umiejętność wyczucia sytuacji i "przeciwnika". W jakim stopniu takie rozmowy odzwierciedlają kwalifikacje i osobowość kandydata? Ile w tym wszystkim prawdy i związku z rzeczywistością a ile wymyślania i paplaniny?
To działa też w drugą stronę. Nawet oswojony kandydat nie przewidzi z jakim pytającym będzie miał do czynienia. W każdym zdaniu wypowiedzianym podczas spotkania można doszukiwać się drugiego dna, analizować czy nie jesteśmy poddawani manipulacji albo innym psychologicznym zagrywkom. Zastanawiać się czy nasza odpowiedź zostanie potraktowana dosłownie czy przetworzona według jakiegoś wzorca? Nie popadajmy w paranoję bo na pewne rzeczy i tak nie mamy wpływu.
Zatrudnianie pracowników to dosyć złożony wątek, którego nie mam czasu rozwijać. Muszę przećwiczyć swoją jutrzejszą kwestię. Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy i wkrótce opiszę nowe miejsce pracy. Niezależnie od wszystkiego uśmiech i niewielka, ale wyczuwalna dawka Coco Mademoiselle będą na swoich miejscach. Na szczęście kobiece sztuczki nie wpisują się w żaden rekrutacyjny szablon :)
sobota, 9 marca 2013
Zawieszenie lub językowe dylematy
Minął miesiąc odkąd jestem na wyspie. Oddelegowana, zawieszona, czekająco-szukająca. Po dwóch tygodniach pracy awaryjnej mam dosyć i marzę o tym, by już się przenieść. Szukam, wysyłam i we wtorek mam pierwszą rozmowę. Oby się udało bo ile można żyć bez pieprzu ;) Nie kupuję nic czego nie mogłabym zjeść w ciągu kilku dni. Nie mam pojęcia jak daleko będę się przeprowadzać, więc lepiej nie gromadzić dodatkowych rzeczy. Przez ostatnie dwa tygodnie jadłam tylko kanapki, ryż lub owoce. Najbardziej brakuje mi przypraw. Pieprz nie jest ani ciężki ani nie zajmuje dużo miejsca, ale w mini tesco (jedynym sklepie w pobliżu mojego domu) kosztuje prawie cztery funty. Musi być naprawdę pieprzny.
Mieszkam, pracuję a jednocześnie staram się jak najlepiej wykorzystywać czas. Tak jak ostatnio pisałam, postanowiłam wstawać codziennie o szóstej i prawie mi się udało. Tylko raz spałam godzinę dłużej żeby szybciej wykurować się z przeziębienia. (Czosnek, cytryna plus ekstra godzina ;) ) Oprócz wstawania wróciłam do nauki, wraz z nią niczym bumerang powraca pewien dylemat.
Czy ktoś ma jakieś doświadczenia w uczeniu się czterech języków na raz? Nie potrafię się zdecydować. Zaczynam uczyć się francuskich słówek, za chwilę odpalam BBC i słucham angielskich wiadomości żeby parę minut później dręczona wyrzutami sumienia włączyć niemiecki program z reportażami, myśląc o tym jak dawno nie powtarzałam hiszpańskiego. Przez moje niezdecydowanie rozbebeszyłam cztery języki i mam wrażenie, że nie znam żadnego. Oczywiście nie jest to prawda bo całkiem dobrze sobie radzę, jednak dobrze to za mało.
Wydawało mi się, że będąc w Anglii mogę spokojnie zacząć naukę francuskiego bo przecież angielski wejdzie sam do głowy. Tak jednak się nie dzieje. Przypływ wiedzy jest wprost proporcjonalny do twojego poziomu. Im więcej umiesz tym mniej nowych wyrazów bezwiednie zakoduje się w pamięci. Słowa nie wpadają same do głowy, kiedy znasz ich na tyle dużo by się bez problemu porozumieć. Aby przejść na szczebel wyżej trzeba poświęcić czas na aktywną naukę. To samo dzieje się z językiem ojczystym. Każdy człowiek operuje pewnym zakresem słów i jeśli nie włoży wysiłku nie będzie znał innych ani ich używał.
Chcę mówić płynnie po angielsku dlatego muszę nad tym pracować. Proste, ale? Ale szukając pracy doszłam do wniosku, że warto przeprosić się z niemieckim. Najwięcej ofert dotyczy właśnie tego języka, więc dobrze byłoby skoncentrować się na zmorowatych rodzajnikach, powtarzać czasowniki i zwiększyć swoje szanse na większe zarobki. Zdobycie takiej pracy to jedno a zwalczenie stresu spowodowanego ciągłym myśleniem o błędach i odpowiedniej odmianie to drugie. Brr, aż ciarki przechodzą po plecach.
Zacznę uczyć się niemieckiego i za kilka dni zrezygnuję zniechęcona wolnym przypływem wiedzy. Może jakieś podpowiedzi? Jak tego uniknąć lub/i jak wybrać najważniejszy na danym etapie język? Wszelkie wskazówki mile widziane :)
Mieszkam, pracuję a jednocześnie staram się jak najlepiej wykorzystywać czas. Tak jak ostatnio pisałam, postanowiłam wstawać codziennie o szóstej i prawie mi się udało. Tylko raz spałam godzinę dłużej żeby szybciej wykurować się z przeziębienia. (Czosnek, cytryna plus ekstra godzina ;) ) Oprócz wstawania wróciłam do nauki, wraz z nią niczym bumerang powraca pewien dylemat.
Czy ktoś ma jakieś doświadczenia w uczeniu się czterech języków na raz? Nie potrafię się zdecydować. Zaczynam uczyć się francuskich słówek, za chwilę odpalam BBC i słucham angielskich wiadomości żeby parę minut później dręczona wyrzutami sumienia włączyć niemiecki program z reportażami, myśląc o tym jak dawno nie powtarzałam hiszpańskiego. Przez moje niezdecydowanie rozbebeszyłam cztery języki i mam wrażenie, że nie znam żadnego. Oczywiście nie jest to prawda bo całkiem dobrze sobie radzę, jednak dobrze to za mało.
Wydawało mi się, że będąc w Anglii mogę spokojnie zacząć naukę francuskiego bo przecież angielski wejdzie sam do głowy. Tak jednak się nie dzieje. Przypływ wiedzy jest wprost proporcjonalny do twojego poziomu. Im więcej umiesz tym mniej nowych wyrazów bezwiednie zakoduje się w pamięci. Słowa nie wpadają same do głowy, kiedy znasz ich na tyle dużo by się bez problemu porozumieć. Aby przejść na szczebel wyżej trzeba poświęcić czas na aktywną naukę. To samo dzieje się z językiem ojczystym. Każdy człowiek operuje pewnym zakresem słów i jeśli nie włoży wysiłku nie będzie znał innych ani ich używał.
Chcę mówić płynnie po angielsku dlatego muszę nad tym pracować. Proste, ale? Ale szukając pracy doszłam do wniosku, że warto przeprosić się z niemieckim. Najwięcej ofert dotyczy właśnie tego języka, więc dobrze byłoby skoncentrować się na zmorowatych rodzajnikach, powtarzać czasowniki i zwiększyć swoje szanse na większe zarobki. Zdobycie takiej pracy to jedno a zwalczenie stresu spowodowanego ciągłym myśleniem o błędach i odpowiedniej odmianie to drugie. Brr, aż ciarki przechodzą po plecach.
Zacznę uczyć się niemieckiego i za kilka dni zrezygnuję zniechęcona wolnym przypływem wiedzy. Może jakieś podpowiedzi? Jak tego uniknąć lub/i jak wybrać najważniejszy na danym etapie język? Wszelkie wskazówki mile widziane :)
czwartek, 7 marca 2013
odkrywanie świata
Do tej pory bardzo rzadko spotykałam osoby, które nie mają potrzeby podróżowania jednak przez ostatnie dwa tygodnie poznałam co najmniej trzy. Jedna, moja współlokatorka i rówieśniczka, jest tu cztery lata i ani razu nie była w Londynie z obawy, że się zgubi. Inna osoba nie wyobraża sobie wyjazdu dłuższego niż dwa tygodnie a na wiadomość o tym, że zbieram pieniądze na Azję odpowiedziała "przecież możesz za to kupić samochód". O trzeciej lepiej nie wspominać bo poza pracą nie ma żadnych zainteresowań i nie widzi sensu w podróżowaniu. Jakoś nie odnajduję się w tym towarzystwie, więc najrozsądniej będzie nie wdawać się w żadne rozmowy i po prostu robić swoje.
Staram się zrozumieć, że każdy jest inny i ma inne potrzeby, ale zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić siedzenia cały czas w domu. Jest tyle wspaniałych miejsc do odwiedzenia, tyle zakątków do odkrycia.
Poznawanie nie musi oznaczać wyjazdu na koniec świata. Czasami wystarczy wsiąść w tramwaj, pojechać do nieznanej dzielnicy i spojrzeć na wszystko okiem odkrywcy. Wystarczy wyjść z domu, wyobrazić sobie, że jest się w innym mieście i zacząć się rozglądać. Często robiłam takie wycieczki po Szczecinie. Otwierałam szerzej oczy i starałam się dostrzec rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi. Dzięki takim spacerom możesz spojrzeć na swoje miasto z innej perspektywy i poznać je od nowa. Polecam szczególnie wszystkim maruderom, którzy nie widzą nic pięknego wokół siebie. Oto przykładowe efekty :).
Wracając do podróży, niedługo będę musiała zacząć planowanie wyjazdu do Azji. Już w styczniu chciałam wyznaczać trasę i wyszukiwać potrzebne informacje, ale w porę się opanowałam. Miałam w tamtym momencie mnóstwo innych, ważniejszych rzeczy do załatwienia, więc nie mogłam poświęcać czasu na obmyślanie podróży. Teraz też muszę się wstrzymać i poczekać na odwieszenie czyli znalezienie porządnej pracy i ponowną ostateczną przeprowadzkę.
A inne miejsca na mojej podróżniczej liście życzeń? Na pewno Stany. Chciałabym wynająć samochód i przejechać od wschodniego do zachodniego wybrzeża zatrzymując się w różnych miastach i parkach narodowych. Później Australia i Nowa Zelandia, może w połączeniu z Japonią jeśli nie uda mi się jej zobaczyć w tym roku. Kanada i Alaska. Na końcu ewentualnie kawałki Afryki i kraje bliskiego wschodu, chociaż tych ostatnich mogę nie oglądać wcale.
No i jak tu siedzieć w domu kiedy świat jest taki ciekawy? Szkoda na to czasu. Lepiej wyjść z czterech ścian i zobaczyć co kryje się za rogiem.
Staram się zrozumieć, że każdy jest inny i ma inne potrzeby, ale zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić siedzenia cały czas w domu. Jest tyle wspaniałych miejsc do odwiedzenia, tyle zakątków do odkrycia.
Poznawanie nie musi oznaczać wyjazdu na koniec świata. Czasami wystarczy wsiąść w tramwaj, pojechać do nieznanej dzielnicy i spojrzeć na wszystko okiem odkrywcy. Wystarczy wyjść z domu, wyobrazić sobie, że jest się w innym mieście i zacząć się rozglądać. Często robiłam takie wycieczki po Szczecinie. Otwierałam szerzej oczy i starałam się dostrzec rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi. Dzięki takim spacerom możesz spojrzeć na swoje miasto z innej perspektywy i poznać je od nowa. Polecam szczególnie wszystkim maruderom, którzy nie widzą nic pięknego wokół siebie. Oto przykładowe efekty :).
Wracając do podróży, niedługo będę musiała zacząć planowanie wyjazdu do Azji. Już w styczniu chciałam wyznaczać trasę i wyszukiwać potrzebne informacje, ale w porę się opanowałam. Miałam w tamtym momencie mnóstwo innych, ważniejszych rzeczy do załatwienia, więc nie mogłam poświęcać czasu na obmyślanie podróży. Teraz też muszę się wstrzymać i poczekać na odwieszenie czyli znalezienie porządnej pracy i ponowną ostateczną przeprowadzkę.
A inne miejsca na mojej podróżniczej liście życzeń? Na pewno Stany. Chciałabym wynająć samochód i przejechać od wschodniego do zachodniego wybrzeża zatrzymując się w różnych miastach i parkach narodowych. Później Australia i Nowa Zelandia, może w połączeniu z Japonią jeśli nie uda mi się jej zobaczyć w tym roku. Kanada i Alaska. Na końcu ewentualnie kawałki Afryki i kraje bliskiego wschodu, chociaż tych ostatnich mogę nie oglądać wcale.
No i jak tu siedzieć w domu kiedy świat jest taki ciekawy? Szkoda na to czasu. Lepiej wyjść z czterech ścian i zobaczyć co kryje się za rogiem.
poniedziałek, 4 marca 2013
Londyn - nowe oblicze
W weekend w końcu otworzyłam konto. Dzisiaj potwierdziłam swoją tożsamość w czymś podobnym do urzędu pracy, więc za około dwa tygodnie powinnam dostać numer ubezpieczenia społecznego potrzebny do opłacania składek i podatku. Wydaje mi się, że jest to ostatnia rzecz, którą muszę załatwić. Mam trzy tygodnie na znalezienie nowej pracy tak aby zdążyć przed rozpoczęciem miesięcznego okresu wypowiedzenia. O tyle dobrze, że w Anglii wypowiedzenie liczy się od momentu złożenia podania a nie od pierwszego dnia następnego miesiąca.
Powiedzenie "do trzech razy sztuka" tym razem się sprawdziło. Wczoraj po raz trzeci byłam w Londynie i tym razem wróciłam zachwycona. Trafiłam na wyjątkowo słoneczny dzień z błękitnym niebem i pięknymi obłokami jak z obrazka. Szkoda, że nie mogłam zrobić zdjęć. Pojechałam z zamiarem szukania londyńskiego graffiti, ale spiesząc się na pociąg nie sprawdziłam czy w aparacie jest karta, włożyłam tylko naładowaną baterię i wyszłam. Zamiast włóczyć się po artystycznych dzielnicach korzystałam z uroków zatłoczonego nabrzeża. Lubię tłok. Nie lubię natomiast smrodu, który często wydobywa się z bud z jedzeniem. Tym razem, mimo sporego targu z przekąskami nie było czuć woni odgrzewanych kebabów lub smażonej kiełbasy z cebulą. I co najważniejsze nigdzie nie leciało chamskie disco. Pełen spokój, jak na niedzielne popołudnie przystało. Trochę to dziwne, zero smrodu, zero hałasu, tylko mnóstwo zadowolonych ludzi i Londyn Eye górujące nad wszystkim. Przejechałam się metrem w kierunku London Bridge i zobaczyłam kolejne oblicze Londynu. Idealne połączenie nowoczesnej architektury ze starymi ceglastymi domami. Mogę tu zamieszkać :)
Powiedzenie "do trzech razy sztuka" tym razem się sprawdziło. Wczoraj po raz trzeci byłam w Londynie i tym razem wróciłam zachwycona. Trafiłam na wyjątkowo słoneczny dzień z błękitnym niebem i pięknymi obłokami jak z obrazka. Szkoda, że nie mogłam zrobić zdjęć. Pojechałam z zamiarem szukania londyńskiego graffiti, ale spiesząc się na pociąg nie sprawdziłam czy w aparacie jest karta, włożyłam tylko naładowaną baterię i wyszłam. Zamiast włóczyć się po artystycznych dzielnicach korzystałam z uroków zatłoczonego nabrzeża. Lubię tłok. Nie lubię natomiast smrodu, który często wydobywa się z bud z jedzeniem. Tym razem, mimo sporego targu z przekąskami nie było czuć woni odgrzewanych kebabów lub smażonej kiełbasy z cebulą. I co najważniejsze nigdzie nie leciało chamskie disco. Pełen spokój, jak na niedzielne popołudnie przystało. Trochę to dziwne, zero smrodu, zero hałasu, tylko mnóstwo zadowolonych ludzi i Londyn Eye górujące nad wszystkim. Przejechałam się metrem w kierunku London Bridge i zobaczyłam kolejne oblicze Londynu. Idealne połączenie nowoczesnej architektury ze starymi ceglastymi domami. Mogę tu zamieszkać :)
niedziela, 3 marca 2013
czas na zmiany
Pierwszy raz w życiu pracuję na zmiany. Od siódmej do piętnastej lub od piętnastej do dwudziestej drugiej. Najgorsza opcja to skończyć wieczorem i następnego dnia iść na rano. Nie miałabym nic przeciwko zaczynania codziennie o siódmej, nawet jeśli oznacza to pobudkę o nieludzkiej godzinie jaką jest piąta czterdzieści. Dni są coraz dłuższe więc byłoby to idealne rozwiązanie, miałabym całe popołudnie dla siebie.Teoretycznie doba zawsze ma dwadzieścia cztery godziny, ale idąc na popołudniową zmianę rano nie potrafię skoncentrować się na niczym konkretnym bo wiem, że niedługo trzeba wyjść do pracy. Tym sposobem przetracam cały ranek na piżamowaniu. Kawa, poranna dawka internetu, jakieś śniadanie w południe i wolny czas przelatuje przez palce. Natomiast wieczorem wracam przed jedenastą do domu i do drugiej w nocy potrafię przesiedzieć przed kompem, bo przecież trzeba sprawdzić maile, poszukać pracy i tak dalej. Błędne koło.
Czuję, że muszę opracować jakiś system żeby nie marnować połowy dnia a raczej połowy tygodnia. Może dobrym wyjściem będzie wstawanie zawsze o tej samej godzinie niezależenie od zmiany. Codzienna pobudka około szóstej rano. Spróbuję od poniedziałku i zobaczę jaki będzie efekt. Pewnie usłyszę jutro budzik, pomyślę, że mi odbiło i przestawię alarm na szóstą odwróconą. Oby nie.
Doszłam do wniosku, że regularne wstawanie może pomóc przy realizacji kolejnych postanowień z noworocznej listy. Szukanie pracy jest najważniejsze, ale przy dobrej organizacji znajdę też czas na inne rzeczy. Podobno czym mniej ma się czasu tym lepiej można nim dysponować i tym efektywniej działać. Sprawdzimy to w praktyce.
Dodatkowo stworzyłam tabelkę z czynnościami, do których chcę wrócić i miejscem na codzienne odhaczanie czy udało mi się je wykonać. Coś co robimy regularnie ma o wiele większe znaczenie niż coś co robimy od czasu do czasu, więc jest to próba wprowadzenia w życie dobrej rutyny. (Pomysł zaczerpnięty z książki Projekt Szczęście lub ze strony happiness-project.com). Na mnie działa motywująco i pomaga w koncentrowaniu się na rzeczach w danym momencie ważnych. Często kiedy mam trochę wolnego czasu zastanawiam się co ze sobą zrobić, jest przecież tyle możliwości. Wtedy zamiast rozkminiać przez godzinę po prostu patrzę na zestawienie i zabieram się za kolejne zadania, które wykonywane regularnie doprowadzają do konkretnego celu. (Dla przykładu ucząc się codziennie francuskiego będę mogła spełnić kolejne marzenie i zamieszkać w Paryżu.) Pomocne dla osób, które lubią tworzenie planów tak bardzo, że nie wystarcza im czasu na działanie. Lub dla takich z nieskoordynowaną wyobraźnią, które mając wolny dzień obmyślają jak możnaby teraz latać balonem albo wsiąść w pociąg i pojechać prosto pod Wieżę Eiffla... Jeśli masz te dwie przypadłości na raz to tabelka sprowadzająca na ziemię jest niezbędna ;) Stosowałam ją będąc we Wrocławiu, ale później przyszły święta, rezygnacja z pracy, wyjazd i tym sposobem dyscyplina rozpełzła się na wszystkie strony. Lenistwo jak wiadomo nie prowadzi do niczego dobrego.
To co, jutro pobudka o szóstej? Si!
Czuję, że muszę opracować jakiś system żeby nie marnować połowy dnia a raczej połowy tygodnia. Może dobrym wyjściem będzie wstawanie zawsze o tej samej godzinie niezależenie od zmiany. Codzienna pobudka około szóstej rano. Spróbuję od poniedziałku i zobaczę jaki będzie efekt. Pewnie usłyszę jutro budzik, pomyślę, że mi odbiło i przestawię alarm na szóstą odwróconą. Oby nie.
Doszłam do wniosku, że regularne wstawanie może pomóc przy realizacji kolejnych postanowień z noworocznej listy. Szukanie pracy jest najważniejsze, ale przy dobrej organizacji znajdę też czas na inne rzeczy. Podobno czym mniej ma się czasu tym lepiej można nim dysponować i tym efektywniej działać. Sprawdzimy to w praktyce.
Dodatkowo stworzyłam tabelkę z czynnościami, do których chcę wrócić i miejscem na codzienne odhaczanie czy udało mi się je wykonać. Coś co robimy regularnie ma o wiele większe znaczenie niż coś co robimy od czasu do czasu, więc jest to próba wprowadzenia w życie dobrej rutyny. (Pomysł zaczerpnięty z książki Projekt Szczęście lub ze strony happiness-project.com). Na mnie działa motywująco i pomaga w koncentrowaniu się na rzeczach w danym momencie ważnych. Często kiedy mam trochę wolnego czasu zastanawiam się co ze sobą zrobić, jest przecież tyle możliwości. Wtedy zamiast rozkminiać przez godzinę po prostu patrzę na zestawienie i zabieram się za kolejne zadania, które wykonywane regularnie doprowadzają do konkretnego celu. (Dla przykładu ucząc się codziennie francuskiego będę mogła spełnić kolejne marzenie i zamieszkać w Paryżu.) Pomocne dla osób, które lubią tworzenie planów tak bardzo, że nie wystarcza im czasu na działanie. Lub dla takich z nieskoordynowaną wyobraźnią, które mając wolny dzień obmyślają jak możnaby teraz latać balonem albo wsiąść w pociąg i pojechać prosto pod Wieżę Eiffla... Jeśli masz te dwie przypadłości na raz to tabelka sprowadzająca na ziemię jest niezbędna ;) Stosowałam ją będąc we Wrocławiu, ale później przyszły święta, rezygnacja z pracy, wyjazd i tym sposobem dyscyplina rozpełzła się na wszystkie strony. Lenistwo jak wiadomo nie prowadzi do niczego dobrego.
To co, jutro pobudka o szóstej? Si!
sobota, 2 marca 2013
komisja do spraw postanowień noworocznych
Ptaki śpiewają coraz głośniej, temperatura rośnie, Wiosna zaczyna wybierać swoje kwieciste sukienki i niedługo będzie gotowa do wyjścia na scenę. Oby tylko nie dopadł jej odwieczny kobiecy problem pod tytułem: "Nie mam co na siebie włożyć i nigdzie nie idę". Wiosna to wspaniały czas na porządki i weryfikację noworocznych postanowień. Ostatnia szansa, żeby się za nie zabrać i wprowadzić w życie.
W tym roku mam wyjątkowo niewiele postanowień chociaż i tak strasznie dużo. Na liście znalazło się między innymi zdrowe odżywianie (jak zawsze?). Zdrowe odżywianie to takie zagadkowe pojęcie. Przede wszystkim chciałam zrezygnować z fastfoodów do których niepotrzebnie wróciłam kursując na trasie Szczecin-Wrocław. Weryfikacja: wprowadzone, zaliczone. Fastfoody omijam szerokim łukiem, dwa razy zjadłam kanapkę z Subwaya ale z samymi warzywami, może być. Na zwolnieniu obejrzałam mnóstwo filmów na temat przemysłowej hodowli zwierząt co utwierdziło mnie w przekonaniu, że to idealny czas aby ponownie zrezygnować z jedzenia mięsa, tym razem na dłużej. Na razie dobrze mi idzie. Polecam przy okazji film Vegucated na youtube.com. Udało mi się nawet przestawić na czarną kawę mimo, że wcześniej nie wyobrażałam sobie takiej wersji (oprócz espresso, ale to inna bajka). W styczniu kilka razy spróbowałam i przekonałam się, że kawa bez mleka jest pyszna. Mleko poszło w odstawkę. Do urodzin miałam nie jeść słodyczy, także w ramach zdrowego odżywiania. Haha, postanowienie jakże nierealne dla kogoś kto uwielbia czekoladę i lody, ciasta i ciasteczka. Właściwie ciastek dawno już nie jadłam, za to czekoladę w ilości hurtowej. Ale dzisiaj pierwszy dzień marca więc zaczynam od nowa, przecież do maja są tylko dwa miesiące.
A co z innymi postanowieniami? Francuski. Leży i co jakiś czas mruga do mnie okiem. Na razie nie mam głowy do nauki nowych słówek. Szukanie pracy jest najważniejsze bo raczej długo nie wytrzymam w takim zawieszeniu. Tak się teraz czuje, zawieszona w czasoprzestrzeni w oczekiwaniu na coś stałego. Stałego w pojęciu emigracyjnym.
Bieganie i czytanie czyli klucz do życia (Odsyłam ponownie do youtube - Will Smith the key to life :)). W styczniu czytałam, w lutym biegałam, teraz pora to połączyć. Nie wiem jak to się stało, ale nie zabrałam ani jednej książki. No tak, w ostatniej chwili wypakowałam trzy grubaski bo walizka się nie domykała.
Do tego parę postanowień z kategorii psychologicznej - odhaczane każdego dnia.
Po przeprowadzonej kontroli komisja obiektywnie stwierdza, że realizacja przebiega zgodnie z planem. Uwagi: Nie spoczywać na laurach! Dodatkowo, z zakończeniem 2012, w którym hasłem przewodnim były wysokie obcasy, rok 2013 ogłasza się Rokiem Pomalowanych Paznokci.
W tym roku mam wyjątkowo niewiele postanowień chociaż i tak strasznie dużo. Na liście znalazło się między innymi zdrowe odżywianie (jak zawsze?). Zdrowe odżywianie to takie zagadkowe pojęcie. Przede wszystkim chciałam zrezygnować z fastfoodów do których niepotrzebnie wróciłam kursując na trasie Szczecin-Wrocław. Weryfikacja: wprowadzone, zaliczone. Fastfoody omijam szerokim łukiem, dwa razy zjadłam kanapkę z Subwaya ale z samymi warzywami, może być. Na zwolnieniu obejrzałam mnóstwo filmów na temat przemysłowej hodowli zwierząt co utwierdziło mnie w przekonaniu, że to idealny czas aby ponownie zrezygnować z jedzenia mięsa, tym razem na dłużej. Na razie dobrze mi idzie. Polecam przy okazji film Vegucated na youtube.com. Udało mi się nawet przestawić na czarną kawę mimo, że wcześniej nie wyobrażałam sobie takiej wersji (oprócz espresso, ale to inna bajka). W styczniu kilka razy spróbowałam i przekonałam się, że kawa bez mleka jest pyszna. Mleko poszło w odstawkę. Do urodzin miałam nie jeść słodyczy, także w ramach zdrowego odżywiania. Haha, postanowienie jakże nierealne dla kogoś kto uwielbia czekoladę i lody, ciasta i ciasteczka. Właściwie ciastek dawno już nie jadłam, za to czekoladę w ilości hurtowej. Ale dzisiaj pierwszy dzień marca więc zaczynam od nowa, przecież do maja są tylko dwa miesiące.
A co z innymi postanowieniami? Francuski. Leży i co jakiś czas mruga do mnie okiem. Na razie nie mam głowy do nauki nowych słówek. Szukanie pracy jest najważniejsze bo raczej długo nie wytrzymam w takim zawieszeniu. Tak się teraz czuje, zawieszona w czasoprzestrzeni w oczekiwaniu na coś stałego. Stałego w pojęciu emigracyjnym.
Bieganie i czytanie czyli klucz do życia (Odsyłam ponownie do youtube - Will Smith the key to life :)). W styczniu czytałam, w lutym biegałam, teraz pora to połączyć. Nie wiem jak to się stało, ale nie zabrałam ani jednej książki. No tak, w ostatniej chwili wypakowałam trzy grubaski bo walizka się nie domykała.
Do tego parę postanowień z kategorii psychologicznej - odhaczane każdego dnia.
Po przeprowadzonej kontroli komisja obiektywnie stwierdza, że realizacja przebiega zgodnie z planem. Uwagi: Nie spoczywać na laurach! Dodatkowo, z zakończeniem 2012, w którym hasłem przewodnim były wysokie obcasy, rok 2013 ogłasza się Rokiem Pomalowanych Paznokci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)