Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2024

Historia naszej wyprowadzki, z nietoperzem w tle.

Marzyło mi się od wielu wielu lat żeby uniezależnić się od miejsca, podróżować i pracować z trasy. Właściwie Anglię opuszczałam z wizją zostania cyfrową nomadką. Chciałam rozkręcić swój biznes, który byłby całkowicie online. Pisałam już, że uwielbiam podróżować, planować wyjazdy, wyszukiwać noclegi czy połączenia. Mogłabym to robić cały czas. Wymyśliłam biznes, który oferował klientom organizowanie wypraw szytych na miarę. Dodatkowo chciałam połączyć to z nauczaniem uważności i stworzyłam zestaw ćwiczeń do wykonania w czasie urlopu. Założyłam w Anglii firmę, stworzyłam stronę internetową i pojechałam na Fuertaventurę. Spakowałam mój niewielki dobytek zebrany podczas emigracji i poleciałam z myślą, że osiedlę się na Kanarach. Marzyłam o tym, żeby cały rok chodzić w klapkach i letnich sukienkach. Zresztą nadal o tym marzę, bo jestem zwolenniczką wolności stóp. Pomieszkałam na FV miesiąc i poleciałam na chwilę do Polski. Z tej chwili zrobiło się kilka tygodni i ostatecznie wróciłam jeszcze na FV, ale już wiedziałam, że na tamten moment, nie było to miejsce dla mnie. Nie do końca miałam sprecyzowaną. wizję, nie miałam doświadczenia w prowadzeniu biznesu, zwłaszcza biznesu online a co najważniejsze czułam się jakaś samotna. Zabrałam walizki i wróciłam do Szczecina. 

I tak w rodzinnym mieście zaczęłam pracę jako agentka ubezpieczeniowa. Odkryłam nowy rodzaj pracy, ciekawej i dającej poczucie, że jesteś panią swojego czasu i pracujesz na siebie, że masz zdecydowanie więcej wolności. I tak faktycznie było, jechałam na spotkanie do Koszalina czy Kołobrzegu a w drodze powrotnej opalałam się nad morzem. To była świetna praca, gdyby nie marne zarobki nie wróciłabym do biura. Na dłuższą metę nie mogłam pracować tylko na opłaty, więc niestety zrezygnowałam z wolności na rzecz etatu. Praca w biurze mnie dobijała, siedzenie osiem godzin w zamknięciu, bez możliwości wyjścia na powietrze zdecydowanie nie jest dla mnie. Gdy w 2020 nagle pojawiła się możliwość pracy zdalnej stwierdziłam, że to wspaniałe rozwiązanie i nie chcę wracać do klatki. 

Rok niesfornego nietoperza paraliżującego świat, był dla mnie przede wszystkim rokiem, w którym poznałam Męża. Mieszkaliśmy w tym samym budynku, Mąż na górze a ja na dole, niczym w Pawle i Gawle, na szczęście bez polowań i łowienia ryb. To nasze położenie było niezwykle luksusowym rozwiązaniem, szczególnie w czasie, gdy lokale były zamknięte i nie było nawet dokąd chodzić na randki. Mieszkaliśmy tak sobie jedno pod drugim, aż w pewnym momencie los zdecydował za nas, że czas zamieszkać razem w innym miejscu. Skoro miała to być zmiana adresu to w grę wchodziła również zupełna zmiana otoczenia. zwłaszcza, że obydwoje pracowaliśmy zdalnie, więc miasto nas nie ograniczało.

Nagle obudziła się we mnie uśpiona wizja cyfrowej nomadki i zaproponowałam żebyśmy spędzili rok jeżdżąc po Polsce i zatrzymując się na miesiąc czy dwa w nowym miejscu. To dopiero była ekscytacja! Nie dość, że wspólne zamieszkanie to jeszcze spełnienie wyobrażeń o życiu bez korzeni. Wybór padł na początku na okolicę, w której obecnie mieszkamy. Wynajęliśmy lokum tuż nad rzeką, z parkiem po drugiej stronie. Był maj, zielono, pachnąco, śpiew ptaków zamiast budzika. I to zwolnienie tempa! Beztroska, życie w małym miasteczku, gdzie wszystkie zakupy mogliśmy zrobić w obrębie 100 metrów i gdzie ludzie ze sobą rozmawiają. To było trochę jak objawienie, że może istnieć inny rodzaj rzeczywistości do życia, prawdziwa sielanka.

Spokojne życie nad rzeką


Było pięknie lecz Mąż po miesiącu mieszkania na wynajmowanym uznał, że jednak lepiej mieć własny kąt i swoją bazę, do której można wrócić. Szukaliśmy jednocześnie kolejnych opcji, mieszkań lub domów, które można wynająć na miesiąc albo dwa. Polski rynek nie jest na ten typ najmu przygotowany, zwłaszcza w takich odległych miejscach jak Bieszczady, a marzyła nam się wówczas ściana wschodnia. Mąż rozglądał się w tym samym czasie za domami, i znalazł. Po dwóch miesiącach spędzonych nad rzeką kupiliśmy stary dom, ani się obejrzeliśmy a już mieszkaliśmy na wsi. Po raz drugi nie udało mi się zrealizować wizji przenoszenia się z miejsca na miejsce, spakowania walizki i jechania tam, gdzie dusza zapragnie. Z drugiej strony teraz jest czas na coś innego i jeszcze wszystko przed nami. Na razie mało podróżujemy, konsekwencją reparacji domu jest bowiem konieczność reparacji mocno nadszarpniętego budżetu. Poza tym w dalszym ciągu udoskonalamy przestrzeń wokół nas co pomaga nam niezmiernie w podnoszeniu kreatywności w pozyskiwaniu nowych środków finansowych.

Moja pierwsza samotna próba nie była wystarczająco przemyślania i na tamten moment brakowało mi jakiś wewnętrznych zasobów na totalnie nowy styl życia. Nasza wspólna próba pokazała natomiast, że życie w drodze jest trochę bardziej skomplikowane niż to pierwotnie zakładałam, szczególnie jeśli nie masz swojego miejsca bazowego i do dobrego funkcjonowania potrzebujesz sporego bagażu. Bycie cyfrowym nomadą z pewnością ma sens i jest łatwiejsze, jeśli pracujesz zdalnie, ale dla siebie (kiedy jesteś Youtuberem, Influenserem lub innym Erem, choćby Milionerem). Nie musisz wówczas siedzieć przed ekranem komputera ośmiu godzin i nie potrzebujesz dobrych warunków do pracy. Wtedy faktycznie wystarczyłby mały laptop, kilka ubrań, szczoteczka do zębów i rowery! I sandałki, stroje kąpielowe, kilka książek, kawiarka, młynek do kawy ... i całe mnóstwo innych rzeczy, które uprzyjemniałyby życie w drodze...to już robi się cała przyczepka a my na ten moment, nie mamy nawet haka do samochodu. 

Jestem przekonana, że czas na próbę numer trzy nadejdzie, skoro trzecia próba, to może nawet we trójkę. Marzenia się spełniają jednak czasami trzeba na to spełnienie poczekać dłużej i być otwartym na formę realizacji. 


wtorek, 27 lutego 2024

O brakach i dostatkach

Gdy zamieszkaliśmy na wsi często znajomi pytali czy nie brakuje mi miasta. Właściwie nadal czasami pytają, bo pewnie nie są w stanie wyobrazić sobie takiej drastycznej zmiany jakiej dokonaliśmy. Mało kto w młodym wieku zostawia poukładane i komfortowe życie miejskie i przenosi się na wieś do bardzo starego domu, który wymaga generalnego remontu. Robią tak pewnie tylko szaleńcy albo wizjonerzy. 

Mąż jest zdecydowanie wizjonerem i oglądając ten dom z poprzedniej epoki zobaczył coś więcej niż budynek z dachem do wymiany, rozpadającą się stodołą i zaniedbanym podwórkiem. Zobaczył miejsce z potencjałem a ja po prostu mu zaufałam i razem zaczęliśmy realizować tę wizję. Początki nie były łatwe, potrzebowałam kilku tygodni, żeby przyzwyczaić się do myśli, że przez kolejne lata będziemy tu mieszkać. Może niektórzy pamiętają jeszcze jak mówiłam, że z mężczyzną, którego pokocham wyjadę nawet na Alaskę jeśli będzie trzeba. Na szczęście Mąż nie lubi zimna i ciężko znosi minusowe temperatury, więc takie poświęcenie nie było konieczne. Mieszkamy w Polsce chociaż zaliczyliśmy tu swój Przystanek Alaska. Poprzedniej zimy, konkretnie w połowie listopada, kiedy przyszły pierwsze mrozy, rozpoczęliśmy wymianę dachu i okien, ocieplanie ścian, wzmacnianie fundamentów. Szczękaliśmy zębami przez parę miesięcy, było lodowato a nie mieliśmy centralnego ogrzewania ani nawet porządnego piecyka. Dobrze się zahartowaliśmy, nie tylko na ciele ale również na duchu! 

Wracając do pytania, miasta jako tako mi nie brakuje. Nie brakuje mi zakorkowanych ulic, spalin, jeżdżenia w kółko, żeby znaleźć miejsce parkingowe no i opłat za parking. Przede wszystkim nie brakuje sąsiadów trzaskających drzwiami i stukających obcasami. Uwielbiam to, że nie mieszkamy już w bloku, w którym było słychać nawet smsy przychodzące do kogoś za ścianą. Uwielbiam ten spokój i ciszę.

Nie ma co udawać, że cokolwiek chcemy jest w zasięgu ręki a wszystko poza hałasem przenieśliśmy na wieś. Moim brakiem numer jeden są kawiarnie. Kocham chodzić do kawiarni, odkrywać te nowo powstałe, rozgościć się w pięknym wnętrzu z kubkiem kawy w ręce i ciastem podanym na ładnym talerzyku. Lubię posiedzieć i poobserwować świat wokół mnie, nie myśleć o niczym, chłonąć atmosferę. Najbliższa kawiarnia oddalona jest o 17km, jednak trudno ją nazwać prawdziwym kawowym przybytkiem bowiem znajduje się przy w kinie. Bez kawiarni, nie ma nawet gdzie spotkać się z koleżankami albo z sąsiadkami (koleżanek na miejscu również brak). Także marzy mi się taka kawiarenka gdzieś w pobliżu.



Drugie na liście braków są pływalnie. Bardzo lubię pływać i dosyć często chodziłam na basen, był czas, kiedy mieszkając w Londynie pływałam kilka razy w tygodniu (ach! jaką miałam wtedy super kondycję i figurę!). W mieście obok jest jeden nieduży basen, całkiem nowy i pachnący, lecz dedykowany głównie pensjonariuszom, bo mieści się przy sanatorium. Nie sprzyja to sportowej rywalizacji i raczej sprawia, że po kilku metrach zaczynam myśleć o saunie i jacuzzi. Żart oczywiście, lecz kto lubi pływać wie zapewne jaka to frajda przepłynąć 50 metrów po torze. 

Ostatnią rozrywką, jakiej najbardziej brakuje mi na wsi jest lodowisko. Moi rodzice wychowali się na wsi i często wspominali, ile czasu spędzali na łyżwach Może dlatego spodziewałam się, że po przeprowadzce będę jeździć na łyżwach częściej niż w mieście i do tego za darmo. Sądziłam, że strażacy wyleją trochę wody na boisko a mróz zrobi swoje. Ciekawe czy to kwestia braku inicjatywy czy może wymogów, o których nie wiem, szkoda natomiast, że dwa sezony łyżwiarskie zostały stracone a nasze łyżwy rdzewieją w kartonie. Tak, Mąż też jeździ! Mało tego, został idealnym kandydatem na męża między innymi dzięki swoim umiejętnościom łyżwiarskim. Ja mogę przenieść się za facetem na Alaskę, jednak pod warunkiem, że ten facet umie jeździć na łyżwach! Wielu przed Mężem nie zdało tego kluczowego testu na super gościa i romantyka w jednym. Bo czy jest coś bardziej romantycznego zimą niż wspólne wieczorne jeżdżenie na łyżwach? I to magiczne uczucie kiedy ten silny mężczyzna trzyma cię za rękę, i widzisz wyłącznie jego policzki wymalowane mrozem na czerwono, szeroki uśmiech i radość w oczach... świat poza nim nie istnieje...





Takie to moje miejskie braki na wsi. Podejrzewam, że każdy mieszczuch miałby własne, w zależności od tego jak lubi spędzać czas. Ja też zapewne dorzuciłabym jeszcze kilka gdybym miała się dalej doszukiwać. Tymczasem obok miejskich braków mamy też mnóstwo wiejskich dostatków, na których wolę się skupić. 

Teraz na przykład pierwsze cieplejsze dni dodały nam nowego zapału, więc wznawiamy prace i kontynuujemy tworzenie ogrodu. Do naszego domu należy spory kawałek terenu z leszczynami i starą jabłonią, która daje przepyszne jabłka. Latem zasadziłam trawę na jednym kwadracie, jesienią posadziliśmy ponad sto cebulek wiosennych kwiatów, wczoraj zrobiliśmy prowizoryczne ogrodzenie. Już.za chwilę będzie pięknie! 
Niezależnie od tego czy mieszkasz w mieście czy na wsi, jedna rzecz pozostaje niezmienna: życie zawsze jest pełne dostatków, wystarczy je dostrzec i docenić.