środa, 13 marca 2024

Wnętrza magazynów lub bądź swoją bohaterką.

Od paru lat nie kupuję magazynów dla kobiet, co roku jest w nich to samo i szkoda na nie pieniędzy. Po lecie porady w stylu "jak zadbać o przesuszone słońcem włosy", zimą piszą, gdzie znaleźć idealne prezenty lub co dobrego ugotować na święta, wiosna to oczywiście czas na gubienie kilogramów po zimie i rewolucje w szafie a latem wchodzą najmodniejsze bikini i najlepsze kremy z filtrem. Między tymi poradami wplecione są wywiady z ludźmi "sukcesu" i tak powstaje magazyn, który w sumie niczego w życiu nie zmienia. Zdecydowanie wolę przeczytać nawet gorszej jakości książkę, pobudzić wyobraźnię i poćwiczyć skupianie się na jednej czynności. W lutym chciałam zrobić nową mapę marzeń, więc potrzebowałam sporo obrazków. A skąd wziąć obrazki, jeśli nie z gazet właśnie. Mapa wisi już nad moim biurkiem, a ja zostałam ze stosem czasopism i otwieram szeroko oczy w niedowierzaniu jakie tematy są obecnie na topie.

Pomyślałam, że miniony Dzień Kobiet to dobra okazja, żeby o tym napisać. To święto kojarzy mi się z kobiecością, z docenieniem tego jakie jesteśmy wspaniałe i wyjątkowe. jakie pokłady miłości i troski mamy w sobie, jak z niczego umiemy wyczarować ciepło, zupę i dobrą atmosferę. Kobiety, tak jak mężczyźni, to piękne istoty, szkoda tylko, że w dzisiejszym świecie wszystko jest przedstawione na opak. 

Całe piękno kobiecości zatraca się we współczesnym propagandowym przekazie z mediów i politycznej nagonce. Podkreśla się w artykułach to jakie kobiety są biedne i uciśnione, gorzej traktowane i niesprawiedliwie oceniane. Nie znam osobiście kobiet, które są uciśnione i mają nieszczęśliwe życie dlatego, że są kobietami. A Wy? Jeśli są niezadowolone to mają pełną moc, aby to zmienić, w końcu sami sterujemy naszym życiem. Tymczasem mam wrażenie, że namawia się kobiety do walki, do wystawienia pazurów i atakowaniu każdego faceta jak popadnie. Zbrój się i idź na wojnę ze swoim największym wrogiem, mężczyzną, sprawcą wszystkiego co złe na tym świecie.

Pisze się o rozwodach, zdradach, związkach otwartych, zachęca do szukania kochanków tak jakby budowanie trwałej i wartościowej relacji wyszło z mody. Po co się wysilać, dawać coś z siebie, tworzyć coś ważnego z drugą osobą. Może niektórzy zdziwią się o czym ja w ogóle piszę. Zachęcam do sprawdzenia kilku przypadkowych artykułów w popularnych serwisach lub obejrzenia pierwszego lepszego programu czy serialu. Kto ostatnio widział pozytywne historie opisujące szczęśliwe związki i zadowolone z życia, spełnione kobiety? To nie jest tak, że takich par i kobiet nagle nie ma, po prostu się tego nie promuje. 

Mówi się, że my też możemy zostać super bohaterkami, Adasia Niezgódkę zastępuje się Adą, bo przecież główna rola obsadzona przez chłopca jest niezgodna z aktualnym trendem, w którym na każdym kroku tworzone są silne role kobiece/dziewczęce. Rozumiem, że jest to sposób na pokazywanie dziewczynkom, że one też mogą być pełne supermocy, podbijać i zbawiać świat. Jednak osobiście nie wydaje mi się, że to najlepszy dobór strategii, ponieważ zamiast skupiać się na naszych mocnych stronach wysyła przekaz, że mamy być identyczne jak chłopaki. Przecież kobiety już mają supermoce i tak samo jak mężczyźni mogą wszystko. Jedynie ich rodzaj jest inny i sposób zdobywania świata nie taki sam jak u męskich bohaterów. Czemu nie podkreśla się tych wszystkich pięknych cech jakie mają kobiety?  Nie musimy być identyczne jak mężczyźni, dokonywać tego co oni, wojować i popisywać się mięśniami i siłą. Zarówno my, jak i oni jesteśmy wspaniali w tej odrębności, wystarczający z umiejętnościami i predyspozycjami jakie mamy. Nic nie musimy udowadniać. 

Czy nie może już być łagodnych, niewalecznych kobiet, które czują się wspaniale w swojej skórze i są w pełni świadome swoich słabych i mocnych stron? Czy wszystkie musimy być wściekłe, wojownicze, pasywno-agresywne i wrogo nastawione do drugiej płci? Czy wszystkie na siłę mamy udowadniać, że możemy dokonać dokładnie tego samego co mężczyzna? Wydaje mi się, że obecne przedstawianie kobiet przez media może prowadzić do frustracji i zagubienia. Coraz częściej stajemy się Zosią Samosią, gdyż niemodne jest przyznawanie się do słabości. Nie prosimy o pomoc, kiedy jej potrzebujemy, chcemy być silne, aktywne w każdej dziedzinie, idealne w każdej z ról. Zapętlamy się w kozi róg, poświęcamy zdrowie, zapominając o odpoczynku i o nas samych.

Nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie, czy w tej nagonce płynącej z propagandowej tuby jesteśmy jeszcze w stanie odnaleźć siebie? Taką prawdziwą, spójną ze swoimi przekonaniami siebie. Czy jesteśmy w stanie odróżnić swoje potrzeby i marzenia, od tych narzuconych przez media, społeczeństwo, politykę?  

Och! dużo tych znaków zapytania! To bardzo obszerny temat, którego wyczerpać w paru akapitach się nie da. Chciałam podzielić się moimi spostrzeżeniami i zachęcić do przyjrzenia się sobie. Zaprosić do poświęcenia czasu na weryfikację swoich prawdziwych wartości, zajrzeć w głąb siebie i sprawdzić co jest naszym przekonaniem, a co zaczerpnęłyśmy z głosów płynących z mediów. To apel, głównie do młodych dziewczyn, bo pewnie one są najbardziej podatne na wpływy z zewnątrz. Zakładam, że mając ponad czterdzieści, pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat znamy już siebie i nie dajemy sobą manipulować, chociaż takie zatrzymanie się i krytyczne spojrzenie na to co do nas płynie jest przydatne w każdym wieku. Tego dystansu do hałasów społeczeństwa i krytycznego spojrzenia powinno się uczyć dziewczynki.

W dzisiejszych czasach odwaga bycia sobą jest największym bohaterstwem. Bądźmy więc bohaterkami i zacznijmy tworzyć nasz własny świat zgodny ze swoim wnętrzem a nie wnętrzami magazynów. 






wtorek, 27 lutego 2024

O brakach i dostatkach

Gdy zamieszkaliśmy na wsi często znajomi pytali czy nie brakuje mi miasta. Właściwie nadal czasami pytają, bo pewnie nie są w stanie wyobrazić sobie takiej drastycznej zmiany jakiej dokonaliśmy. Mało kto w młodym wieku zostawia poukładane i komfortowe życie miejskie i przenosi się na wieś do bardzo starego domu, który wymaga generalnego remontu. Robią tak pewnie tylko szaleńcy albo wizjonerzy. 

Mąż jest zdecydowanie wizjonerem i oglądając ten dom z poprzedniej epoki zobaczył coś więcej niż budynek z dachem do wymiany, rozpadającą się stodołą i zaniedbanym podwórkiem. Zobaczył miejsce z potencjałem a ja po prostu mu zaufałam i razem zaczęliśmy realizować tę wizję. Początki nie były łatwe, potrzebowałam kilku tygodni, żeby przyzwyczaić się do myśli, że przez kolejne lata będziemy tu mieszkać. Może niektórzy pamiętają jeszcze jak mówiłam, że z mężczyzną, którego pokocham wyjadę nawet na Alaskę jeśli będzie trzeba. Na szczęście Mąż nie lubi zimna i ciężko znosi minusowe temperatury, więc takie poświęcenie nie było konieczne. Mieszkamy w Polsce chociaż zaliczyliśmy tu swój Przystanek Alaska. Poprzedniej zimy, konkretnie w połowie listopada, kiedy przyszły pierwsze mrozy, rozpoczęliśmy wymianę dachu i okien, ocieplanie ścian, wzmacnianie fundamentów. Szczękaliśmy zębami przez parę miesięcy, było lodowato a nie mieliśmy centralnego ogrzewania ani nawet porządnego piecyka. Dobrze się zahartowaliśmy, nie tylko na ciele ale również na duchu! 

Wracając do pytania, miasta jako tako mi nie brakuje. Nie brakuje mi zakorkowanych ulic, spalin, jeżdżenia w kółko, żeby znaleźć miejsce parkingowe no i opłat za parking. Przede wszystkim nie brakuje sąsiadów trzaskających drzwiami i stukających obcasami. Uwielbiam to, że nie mieszkamy już w bloku, w którym było słychać nawet smsy przychodzące do kogoś za ścianą. Uwielbiam ten spokój i ciszę.

Nie ma co udawać, że cokolwiek chcemy jest w zasięgu ręki a wszystko poza hałasem przenieśliśmy na wieś. Moim brakiem numer jeden są kawiarnie. Kocham chodzić do kawiarni, odkrywać te nowo powstałe, rozgościć się w pięknym wnętrzu z kubkiem kawy w ręce i ciastem podanym na ładnym talerzyku. Lubię posiedzieć i poobserwować świat wokół mnie, nie myśleć o niczym, chłonąć atmosferę. Najbliższa kawiarnia oddalona jest o 17km, jednak trudno ją nazwać prawdziwym kawowym przybytkiem bowiem znajduje się przy w kinie. Bez kawiarni, nie ma nawet gdzie spotkać się z koleżankami albo z sąsiadkami (koleżanek na miejscu również brak). Także marzy mi się taka kawiarenka gdzieś w pobliżu.



Drugie na liście braków są pływalnie. Bardzo lubię pływać i dosyć często chodziłam na basen, był czas, kiedy mieszkając w Londynie pływałam kilka razy w tygodniu (ach! jaką miałam wtedy super kondycję i figurę!). W mieście obok jest jeden nieduży basen, całkiem nowy i pachnący, lecz dedykowany głównie pensjonariuszom, bo mieści się przy sanatorium. Nie sprzyja to sportowej rywalizacji i raczej sprawia, że po kilku metrach zaczynam myśleć o saunie i jacuzzi. Żart oczywiście, lecz kto lubi pływać wie zapewne jaka to frajda przepłynąć 50 metrów po torze. 

Ostatnią rozrywką, jakiej najbardziej brakuje mi na wsi jest lodowisko. Moi rodzice wychowali się na wsi i często wspominali, ile czasu spędzali na łyżwach Może dlatego spodziewałam się, że po przeprowadzce będę jeździć na łyżwach częściej niż w mieście i do tego za darmo. Sądziłam, że strażacy wyleją trochę wody na boisko a mróz zrobi swoje. Ciekawe czy to kwestia braku inicjatywy czy może wymogów, o których nie wiem, szkoda natomiast, że dwa sezony łyżwiarskie zostały stracone a nasze łyżwy rdzewieją w kartonie. Tak, Mąż też jeździ! Mało tego, został idealnym kandydatem na męża między innymi dzięki swoim umiejętnościom łyżwiarskim. Ja mogę przenieść się za facetem na Alaskę, jednak pod warunkiem, że ten facet umie jeździć na łyżwach! Wielu przed Mężem nie zdało tego kluczowego testu na super gościa i romantyka w jednym. Bo czy jest coś bardziej romantycznego zimą niż wspólne wieczorne jeżdżenie na łyżwach? I to magiczne uczucie kiedy ten silny mężczyzna trzyma cię za rękę, i widzisz wyłącznie jego policzki wymalowane mrozem na czerwono, szeroki uśmiech i radość w oczach... świat poza nim nie istnieje...





Takie to moje miejskie braki na wsi. Podejrzewam, że każdy mieszczuch miałby własne, w zależności od tego jak lubi spędzać czas. Ja też zapewne dorzuciłabym jeszcze kilka gdybym miała się dalej doszukiwać. Tymczasem obok miejskich braków mamy też mnóstwo wiejskich dostatków, na których wolę się skupić. 

Teraz na przykład pierwsze cieplejsze dni dodały nam nowego zapału, więc wznawiamy prace i kontynuujemy tworzenie ogrodu. Do naszego domu należy spory kawałek terenu z leszczynami i starą jabłonią, która daje przepyszne jabłka. Latem zasadziłam trawę na jednym kwadracie, jesienią posadziliśmy ponad sto cebulek wiosennych kwiatów, wczoraj zrobiliśmy prowizoryczne ogrodzenie. Już.za chwilę będzie pięknie! 
Niezależnie od tego czy mieszkasz w mieście czy na wsi, jedna rzecz pozostaje niezmienna: życie zawsze jest pełne dostatków, wystarczy je dostrzec i docenić.

środa, 14 lutego 2024

...10 lat później...

Siedzę w naszym,w połowie wyremontowanym, domu przy ulicy Polnej, domu na wsi. Jest cicho, nie jeżdżą autobusy ani tramwaje, nie jeździ metro, karetki na sygnale i głośne motory, cisza. Jest spokojnie, blisko natury, żurawi, saren, lisów, tuż obok  jezioro, lasy i pola.

W  naszym domu mieszkamy od lipca 2022 roku. Na początku w starej, śmierdzącej części mieszkalnej, a teraz, od lipca 2023, w nowej, pachnącej i świeżej części stworzonej z chlewika. Mieszkamy w luksusowym chlewiku, ja i mój idealny kandydat na męża zwany dalej Mężem. 

Przez 10 ostatnich lat, odkąd przestałam prowadzić tego bloga, życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Mogę śmiało powiedzieć, że nie jestem tą samą osobą, którą byłam zamieszkując w Londynie. Nazbierałam mnóstwo doświadczeń, przerobiłam wiele życiowych lekcji, a przede wszystkim poznałam siebie. Dowiedziałam się kim jestem, kim chcę być, jaką mam wartość. Zaczęłam doceniać jeszcze bardziej to, co dostaję każdego dnia od życia, nauczyłam się kochać i akceptować siebie. Jestem szczęśliwa. Kobieta nie potrzebuje od życia nic innego. Wszystko co napotyka na swej drodze przybliża ją do odkrycia tej najważniejszej prawdy: kluczem do wszystkiego jest miłość do siebie. Przerobienie tego daje wewnętrzny spokój, dojrzałość emocjonalną, dystans do wielu spraw. Uczucie spokoju towarzyszy mi od kilku ostatnich lat i cieszę się, że do niego doszłam.

Rozpoczynając pisanie bloga "Za głosem intuicji czyli droga do spełnienia marzeń" miałam 33 lata, to również był luty, początek mojej angielskiej a później londyńskiej przygody. Dzisiaj mam 43 lata, przetestowałam niejednokrotnie swoją intuicję, spełniłam wiele marzeń. Jestem w zupełnie innym rozdziale życia. Jednak jednego celu nie udało mi się jeszcze osiągnąć. Marzenie, o którym pisałam również 10 lat temu, a które pojawiło się na pierwszym roku studiów, nadal silnie tkwi w moim sercu i chcę je spełnić. Czuję, że teraz, jak nigdy wcześniej, realizacja wydaje się bardzo możliwa . To marzenie  to własna kawiarnia.

Wiele dróg musimy przejść, poznać wielu ludzi, mieszkać w różnych miejscach i próbować różnych rzeczy. Wszystko to składa się na drogę do spełnienia marzeń. Ja chcę podawać pyszną kawę i witać gości w miejscu, które stworzę od podszewki, które będzie ostoją spokoju i przystankiem w podróży.
Będę Wam opisywać jak przebiega ta droga.





. 

niedziela, 20 lipca 2014

Lato w mieście czyli o parkach i znalezionej pracy :)

Ostatnie dziesięć dni chciałam spędzić na intensywnym korzystaniu z bezpłatnych atrakcji Londynu. Londyn to mega drogie miasto, w którym na szczęście jest też mega dużo darmowych rozrywek. Czasami trudno się na coś zdecydować, szczególnie kiedy jest piękna pogoda.

Mając tydzień wolnego chciałoby się zobaczyć wszystko na co do tej pory nie było czasu a jednocześnie pozałatwiać zaległe sprawy. Na początku próbujesz działąć, odhaczać rzeczy z listy, ale czym mniej dni przed tobą, tym bardziej zaczynasz zwalniać. To samo stało się ze mną. Wrzuciłam na luz i nie przejmuję się tym, czy zdążę zobaczyć wszystkie aktualne wystawy lub dokończyć zadania z listy. Po co mrozić się w klimatyzacji kiedy można wygrzewać się w słońcu. Po co się spinać kiedy można obserwować przechodzących obok ludzi, ogrodnika przycinającego róże czy jogina ćwiczącego na trawie. Relaks.

Pewnie domyślacie się czemu mogę pozwolić sobie na nicnierobienie. A, zaraz ktoś powie "przecież ona nic nie robi od pół roku a jeszcze relaksu jej się zachciewa". Otóż wbrew pozorom szukanie pracy to też praca, i to jeszcze bardziej męcząca. Koniec z szukaniem! Tak! W końcu znalazłam pracę jaką chciałam. W samym centrum, w standardowych godzinach, dobrze płatną - nawet o jedną trzecią lepiej niż w tej przed wyjazdem. Bez celów sprzedażowych, dzwonienia, spinki żeby zgarnąć bonus do podstawowej pensji. Żyć nie umierać :) Czuję, że znowu zostanę wrzucona na głęboką wodę. W skrócie: nie tylko będę odpowiadać za prawidłowy przebieg zmian jakich klienci chcą dokonać w systemie, ale też za to aby kilku bezpośrednich doradców wykonywało swoją pracę zgodnie z warunkami kontraktów. Dobrze, że umiem pływać i nie boję się wody ;). Na pewno nie będzie mi się nudzić i o to chodzi. Trochę stresu przede mną, ale też dużo stymulacji dla mózgu. Podwójnej stymulacji - po angielsku i po niemiecku. Jawohl.

Wracając do lata w mieście. Parę dni temu przekonaliśmy się jaką rewelacją są rowery miejskie. Wystarczy karta płatnicza, na niej dwa funty i przez dwadzieścia cztery godziny masz do dyspozycji rowery w całym centralnym Londynie. Wypożyczasz rower na trzydzieści minut. Po tym czasie parkujesz go w dowolnej stacji a jeśli chcesz jechać dalej, czekasz pięć minut i drukujesz kod na kolejny odcinek. Cały tydzień kosztuje dziesięć funtów. Uważam, że latem jest to fantastyczna alternatywa dla komunikacji miejskiej, szybkie i przyjemne przemieszczanie się za grosze.

Jednym z uroków Londynu jest ilość parków. Gdziekolwiek jesteś z łatwością znajdziesz chociaż niewielki skrawek zieleni, może poza City. Te w ścisłym centrum np. Soho Square czy Saint James's Square przypominają mi nowojorskie skwery. Mają tę samą atmosferę. Zapracowani ludzie, wdychający przessane przez klimatyzację powietrze i zamknięci w szklanych biurowych puszkach instynktownie ciągną do drzew i trawy. Tęsknią za przyrodą i spokojem. Siadają wśród innych rozpędzonych, wyciągają swój lunch i próbują oderwać się na chwilę od zadań. Niektórym nawet się udaje.

Bardziej paryski, elegancki klimat można znaleźć w większych parkach. Więcej przestrzeni, więcej luzu. Bliżej do rozleniwienia niż pośpiechu. Ogromny kompleks, zaczynający się kilkaset metrów od Trafalgar Square, tworzą trzy spaniałe parki: St James's Park, Green Park oraz połączony w jedno Hyde Park z Kensington Gardens. Ten ostatni graniczy z Kensington- najbogatszą dzielnicą Londynu z Kensington Palace Garden, ulicą zwaną rzędem bilionerów, przy której domy są najdroższe w całej Anglii. Warto się przejść aby zobaczyć przepiękne posiadłości i luksusowe samochody. Przepych widać też w pobliskim Holland Park, wszystko przemyślane i ułożone jak w pudełeczku. Pachnące róże, dzikie, prawie leśne zakątki, pawie i uroczy pałacyk na środku. Bosko! J. przeprowadził się niedawno w te okolice stąd odkrycia nowych miejsc.



Może pamiętacie, że na początku mojej londyńskiej przygody mieszkałam kilka metrów od Burgess Park. Byłam zafascynowana nowoczesną aranżacją i pomysłami na ciągle zmieniające się kwietniki. Podobały mi się świeżo nasadzone polne kwiaty, młode drzewa, staw oraz lekkość i poczucie nieograniczonej przestrzeni. Nie często można spotkać nowe parki w czasach kiedy każdy metr idzie pod budowę biur czy mieszkań. Na ten moment najbliżej mam do Ruskin Park, lubię tam biegać i ćwiczyć swoje instagramowe fotki.

Jeszcze bardziej na południe znajdziecie Dulwich Park słynny z różnokolorowej okazałej kolekcji rododendronów.

Każdy z tych parków ma coś wyjątkowego. Jeśli lubicie przyrodę, kochacie kwiaty lub po prostu chcecie odspanąć od hałasu i spalin warto skierować się w stronę najbliższej zielonej plamy na planie miasta. Oczywiście lato w mieście to nie tylko parki. Mam zamiar przybliżyć też inne miejsca. Mam nadzieję, że mi się uda.

A tymczasem biorę rower i jadę do ogromnych królewskich ogrodów botanicznych, Kew Gardens. Za wejście trzeba zapłacić piętnaście funtów, ale park ma mnóstwo atrakcji takich jak palmiarnia, pałac królewski, ścieżka nad drzewami.Jeden dzień to za mało aby zobaczyć całość dlatego polecam wykupić roczne członkostwo, które zwraca się po dwóch wizytach z osobą towarzyszącą. Moje wygasa w październiku, więc trzeba korzystać póki trwa ;)




środa, 2 lipca 2014

Szukajcie a znajdziecie ;) - linki do firm rekruterskich

Krótki post dla wszystkich, którzy szukają lub mają zamiar szukać pracy w Londynie. Mam nadzieję, że okaże się pomocny.
Strony które mają największą liczbę ofert i zbierają ogłoszenia z mniejszych firm rekrutacyjnych to:

http://www.reed.co.uk/

http://www.indeed.co.uk/

http://www.cv-library.co.uk/

http://www.jobsite.co.uk/

http://www.fish4.co.uk/

http://www.monster.co.uk

http://www.cityjobs.com/jobs/london

https://www.totaljobs.com/

http://www.londonjobs.co.uk

I te bardziej wyspecjalizowane:

finanse:
http://www.orgtel.com/en/
http://www.castuk.com/

sekretarki, asystentki:
http://jobs.personneltoday.com/
http://www.secsinthecity.co.uk/

językowe:
http://www.toplanguagejobs.co.uk/
http://www.languagematters.co.uk/

luksusowe sklepy:
https://www.eliteassociates.co.uk/ 
http://www.retailchoice.com/
http://www.resourcesolutions.com/

restauracje, hotele:
http://www.caterer.com/

Powodzenia!! :D

Ps. Profil na https://www.linkedin.com to sprawa obowiązkowa. I taka rada z różnych źródeł, nigdy nie pisz pod swoim nazwiskiem, że szukasz pracy albo nowych możliwości. Wpisz swoją aktualną albo ostatnią rolę a najlepiej taką, którą chcesz wykonywać.

Ps. Polecam też do poczytania i być może znalezienia dodatkowych wskazówek : http://www.careerealism.com/

czwartek, 26 czerwca 2014

Zaproszenie

Pewnie większość z Was wykreśliła mnie już z czytelniczej listy i straciła nadzieję na nowy wpis. Nie dziwię się, ja mimo swojej anielskiej cierpliwości też bym zrezygnowała z zaglądania na bloga, na którym od kwietnia tylko przeciąg. Nie zrezygnowałam, nie zapomniałam i nie poddałam się. Zawiesiłam pisanie bloga z kilku bardzo ważnych powodów.

Po pierwsze całą energię przekierowałam na szukanie pracy. Tak, nadal jestem w Londynie, o dziwo dopiero niedawno skończyły mi się oszczędności i jakimś cudem jeszcze nie mieszkam pod mostem. Ten cud nazywa się rodzina! Jestem straszną szczęściarą, że mogę na nią liczyć. Mogliby przecież powiedzieć, że moje założenia były za bardzo optymistyczne, kalkulacje nie do końca realne i w związku z tym powinnam wziąć sie do roboty i przyjąć jakąkolwiek pracę. Tak pewnie byłoby najrozsądniej, jednak ciągle myślę, że za chwilę znajdę dobrze płatną posadę, której nie będę musiała za minutę rzucać. Oprócz rodziny mogę też liczyć na wsparcie mojego chłopaka, który mnie motywuje i podnosi poprzeczkę dodając wiary, że stać mnie na więcej. Podwójna szczęściara.

Szukanie pracy oprócz energii zabiera też większość mojego czasu. Nie chcę pisać byle jakich postów. Kiedy nie ma czasu, nie powstają nowe pomysły, nie ma miejsca na weryfikację i dobieranie słów. Wszystko wydaje sie nieciekawe i niepotrzebne. Wolę nie męczyć Was jakimiś zlepkami przypadkowych myśli.
 
Po trzecie jak muszę przemyśleć w jakim kierunku będzie rozwijał się ten blog. Zaczęłam go tworzyć aby przedstawić moją drogę do spełnienia marzenia jakim była Azja (i też kawiarnia). Azja została poniekąd zrealizowana i co dalej? Od czasu do czasu dostrzegam zalążki nowej wizji na pisanie. Ważne aby blog nie był tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla Was, aby wnosił coś ciekawego, nakłaniał do przemyśleń czy poddawał pomysły.
 
Jedno jest pewne, póki nie zacznę pracować (w praktyce nie pracuję już od Bożego Narodzenia) nie mogę dedykować czasu na pisanie. Proszę trzymajcie za mnie kciuki :)

Ok, czasami oprócz szukania pracy zdarza mi się gdzieś wyjść a wtedy namiętnie pstrykam fotki moim telefonem. Zapraszam na mój profil w Instagramie :)

środa, 16 kwietnia 2014

Zakwitły tulipany czyli wiosna w pełni :)


Wiosna w pełni, zieleń, wspaniałe kwiaty, pachnące magnolie, białe jabłonki. Rozkwitły nawet tulipany, które zasadziliśmy w listopadzie w przydomowym ogródku. Przepiękne, duże i pachnące.
Londyn wiosną jest niesamowity, wszystko rozwija się znacznie szybciej niż w Polsce, więc kiedy przyjechałam ponad trzy tygodnie temu zostałam wciągnięta do gry w zielone a mój nos zaczął szaleć od ilości wdychanych zapachów.


A więc ponownie jestem w Londynie. Po powrocie z Bali błyskawicznie, na podwyższonym na własne życzenie poziomie adrenaliny, załatwiłam to co wisiało na liście pilnych lub ważnych rzeczy i poleciałam dalej. Dziewięć dni pobyłam w Szczecinie aby za chwilę znaleźć się w Portugalii. Tak na początek wiosny, na koniec urlopowej laby i dla przedłużenia balijskiego nastroju postanowiłam spędzić przedłużony weekend w miejscu, w którym jeszcze nie byłam. Właściwie nie zależało mi specjalnie dokąd polecimy, ważne z kim.
Razem wróciliśmy do Londynu i teraz jestem na etapie szukania pracy. Taka powtórka z rozrywki, chociaż jestem pewna, że tym razem w poprawionej i prostszej wersji. Po pierwsze mam już doświadczenie w szukaniu, wiem, że konkurencja nie śpi i trzeba naprawdę się postarać aby ją przechytrzyć. Poprawiłam życiorys i całe dnie inwestuję na przeglądanie ofert i wysyłanie aplikacji. 

Czemu właściwie zdecydowałam się po raz drugi na Londyn? Nie mam nic do stracenia! :) Chcę udowodnić sobie, że stać mnie na więcej, że znajdę bardziej ambitną pracę, która będzie mi przynosić zadowolenie. Poza tym mam nadzieję, że w tym roku odryję w końcu w jakim kierunku iść i co tak naprawdę chcę robić. Kolejnym celem jest dalsza nauka angielskiego, bo do tej pory nie udało mi się za bardzo podnieść poziomu. Jednak najważniejszy cel to pozostać w bezstresowym balijskim nastroju i żyć pełnią życia.