sobota, 30 listopada 2024

Filozoficzne rozważania jesienne na temat sensu życia.

Dzisiaj trochę na temat sensu życia. Wielu go poszukuje, a nieliczni odnaleźli. Są ludzie, którzy nie zagłębiają się w filozofowanie, oraz tacy, którzy nieustannie rozmyślają nad tym, po co tu jesteśmy i jaki to wszystko ma sens. Ci pierwsi dryfują przez życie: od pracy do domu, od poranka do nocy, adaptują się do warunków i tak sobie żyją. Jakby trochę zaprogramowani, lecz z pewnością zadowoleni, bo podobno im mniej człowiek analizuje, tym jest szczęśliwszy. Drudzy też żyją od poranka do nocy, przecież dobę każdy ma taką samą, lecz pomiędzy tym ciągle filozofują, szukają wytłumaczenia na to, co się wydarza, zastanawiają się, po co to wszystko, czemu tu jesteśmy, czemu ma to służyć. Czasami szukają szczęścia i sensu na zewnątrz, wypróbowując różne sposoby na poczucie szczęścia albo po prostu znajdują sobie jakąś odskocznię, która dostarcza im emocji i zagłusza egzystencjalne pytania. Innym razem decydują się na szukanie wewnątrz siebie. Nie ma jednej słusznej drogi – ile osób, tyle potrzeb i jeszcze więcej rozwiązań.

Ja raczej należałam do grupy analizującej. Zadawałam sobie wiele pytań, by nadać znaczenie i sens temu, co mnie spotyka. Zastanawiałam się często i gęsto, czemu coś się wydarzyło albo jak to zrobić, żeby odnaleźć szczęście. Teraz już mi przeszło i nie analizuję tak dużo jak wcześniej. Zaryzykuję i napiszę, że prawie porzuciłam analizowanie. Nie szukam już odpowiedzi na pytania: „Po co mi się to przydarzyło? Czemu mnie to spotkało?” Jeszcze niekiedy przyjdą mi one do głowy, staram się wówczas nie przechwytywać takiej myśli, a puścić ją wolno, bez rozkminiania. Fakt, że mam wspaniałe życie  i raczej mało przytrafia mi się historii, w których te pytania byłyby uzasadnione, no ale wiadomo, od czasu do czasu wszyscy się z czymś borykamy. Ciężko nawet stwierdzić skąd taka zmiana, podejrzewam, że to dzięki stabilizacji jaka nastała w moim życiu a może to kwestia zaufania, że cokolwiek się wydarza jest na moją korzyść. Na tym etapie skłonna jestem zaakceptować stwierdzenie, że w życiu nie ma jakiejś specjalnej filozofii, nie ma wyższego celu, jakim jest, dajmy na to, pójście do nieba. Nie neguję tego, po prostu przestałam się nad tym zastanawiać. Uznaję, że życie po prostu jest naszym udziałem, tyle lub aż tyle. Prawda jest taka, że sensu życia nikt w sposób niepodważalny i jedyny słuszny nie odnalazł. Każdy sam ma za zadanie odnaleźć swój własny sens istnienia, jeśli oczywiście ma taką potrzebę. 


Nawłoć
Brązowe nawłocie na tle błękitnego nieba.

Skoro życie nie ma specjalnej filozofii to co tu ze sobą robić? Jak żyć tak bez sensu? Czy można w ogóle być szczęśliwym niezależnie od powodu naszej egzystencji na Ziemi? Na te i inne pytania nikt wam nie odpowie, moi mili :D W poszukiwaniu szczęścia w tym bezsensie można podróżować, odkrywać, doświadczać coraz to nowych rzeczy, można też zwyczajnie siedzieć na ławce i obserwować niebo lub wykonywać swoje proste powtarzające się zadania. Każda z tych ścieżek jest życiem, jest pięknem, jest sensowna. Niejednokrotnie tego nie dostrzegamy, porównujemy się do znajomych, rówieśników, sąsiadów lub,  co gorsza przypadkowych ludzi z  mediów. I tak patrzymy na życie innych, myślimy być może, że nasze jest jakieś szare, lub nawet kolorowe ale bez fajerwerków, jakieś takie zwyczajne, bez wzniosłych ochów i achów. I zaczynamy szukać czegoś więcej, rozglądać się, podglądać czyjeś marzenia, i znowu wraca pytanie o głębszy sens, o jakiś sekret życia, zaczyna się szukanie czegoś więcej.

Z moich obserwacji, a raczej, z mojego doświadczenia wynika, że nie znajdziemy ani głębszego sensu ani długotrwałego szczęścia, jeśli nie zaczniemy od siebie. Od siebie, czyli od sposobu, w jaki postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość, od okularów, jakie nosimy na codzień. Niezależnie od tego, czy masz plusy, czy minusy, możesz dokonać wyboru i włożyć na nos okulary uważności i wdzięczności. Według mnie szczęście i sens życia to dostrzeganie tego, co wokół nas, przez pryzmat wdzięczności. To docenianie piękna i wyjątkowości w codzienności, to czerpanie radości z bieżącej chwili, zatrzymanie się w uważności. Aktualną codziennością może być kilkudniowa wyprawa górska w odległym Nepalu lub sadzenie cebul tulipanów w przydomowym ogródku. Niezależnie od tego, jak wygląda na danym etapie nasza rzeczywistość, nie odczujemy szczęścia, jeśli nie docenimy tego co właśnie mamy i czego doświadczamy. Bo co nam z tego, że wspinamy się na szczyt, zdobywając swój upragniony cel, a myślami jesteśmy już przy planowaniu następnego, zamiast czerpać radość z drogi? Co nam z ogrodu jeśli narzekamy, że trzeba pielić chwasty, albo myślami jesteśmy na plaży z palmami. Nigdy nie jesteśmy w danej, bieżącej chwili lecz gdzieś tam, kiedyś, gdzie będzie lepiej, piękniej czy bardziej bogato. Piszę to jako osoba, która doświadczyła i jednego, i drugiego, jako ktoś, kto kocha podróże i odwiedził wiele miejsc, lecz potrafi też cieszyć się z lata spędzonego na miejscu,w domu, na wsi. Jako osoba, która wszystkie pieniądze mogła wydawać na wyjazdy i jako ta, która, liczyła pieniądze, żeby dotrwać do końca miesiąca. W każdej tych sytuacji szukam tego co dobre i tego co piękne.

Doceniając to, co jest teraz, poczujemy radość i zadowolenie. Chodzi po prostu o wdzięczność - tak mało, a tak dużo jednocześnie. Wdzięczność za drobne i oczywiste rzeczy, za to, co jest naszym udziałem w danej chwili, nie wczoraj albo jutro.
Robię listy wdzięczności od wielu lat, jednak dzięki wyprowadzce na wieś, pierwszemu roku w spartańskich warunkach, jeszcze bardziej doceniam to, co obecnie mam. Chociażby sprzęty domowe - nową pralkę, zmywarkę, lodówkę, podręczny odkurzacz. Możliwość kąpieli pod prysznicem, ciepło i przyjemny zapach w domu. Co? Być wdzięcznym za takie oczywistości, w czasach powszechnego dobrobytu? Dokładnie tak. Doceniając to, co mamy teraz, to co wokół, wywołujemy w sobie uczucie szczęścia i zadowolenia. A z tym uczuciem otwieramy się na coraz więcej szczęścia. Nie możesz dostać pałacu, jeśli nie jesteś wdzięczny za to, że teraz masz dach nad głową. Nawet gdybyś pałac dostał, to nic by się nie zmieniło, bo z pustką w środku, z brakiem wdzięczności, nie docenisz tego co otrzymałeś, zaczniesz narzekać, że korytarze są za długie i trzeba dużo chodzić, że drewniany parkiet skrzypi, że przestrzeń wolno się nagrzewa itd. Życie z okularami wdzięczności jest o wiele bardziej satysfakcjonujące, warto włożyć je na nos i zobaczyć piękno w tym, co na dany moment dostajemy. W okularach wszystko nabiera większego sensu, a my stajemy się gotowi na pałace. 

wtorek, 12 listopada 2024

Porządki w domu i w głowie lub otwieram sezon świąteczny.

Za oknem listopadowa szarówka, ciężko uświadczyć odrobinę słońca a temperatury lecą w dół niczym ostatnie pożółkłe liście na wietrze. Nawet jeśli zdaży się słoneczny dzień, to po zmianie czasu człowiek pracujący 8h ma małe szanse na załapanie się na zastrzyk endorfiny jakie daje wystawienie twarzy na promienie. Ta bezlistna zgnilizna wpływa na mnie lekko depresyjnie. Marzy mi się wyskok w ciepłe kraje, lecz z końcem roku zarówno pieniądze jak i urlop kurczą się proporcjonalnie do długości dnia, więc wyjazdu nie będzie. Szukam alternatyw na miejscu, w tym roku nawet wcześniej niż zwykle. Taką odskocznią zamiast ciepłego kraju jest dla mnie przekierowanie myśli w stronę Bożego Narodzenia. Aby oderwać się od ponurego nastroju rozpoczęłam już planowanie świąt, bo nic tak nie uwalnia głowy jak plan i działanie.


W tamtym roku postanowiłam, że w Wigilię będę już miała wszystko gotowe i nic poza przygotowaniem stołu nie będę robić, obalę nawet tradycję ubierania choinki w ten dzień i zrobię to wcześniej. Udało mi się to zrealizować i pamiętam, że sąsiadka powiedziała wtedy "spełniłaś marzenie wielu kobiet". Można to nazwać marzeniem, można planem, jednak niezależnie od etykiety, przy odrobinie dobrej organizacji można taki cel łatwo osiągnąć. W tym roku planuję jeszcze bardziej się postarać i wszystko posprzątać tak jak należy, bez pójścia na skróty. Później będzie tak przyjemnie siedzieć w pachnącym, lśniącym i ładnie przystrojonym domu. I nie, nie będę tego wszystkiego robiła z poziomu kury domowej, udręczonej kobiety, która cały dom ma na głowie, kobiety uciśnionej, przykutej do kuchni łańcuchem. (Kto czytał poprzednie wpisy ten wie, uważam w uproszczeniu, że nasza kobieca wolność zaczyna się w głowie a nie w jakiś narzuconych stereotypach). Nie będę tego robiła dla innych, czy z poczucia obowiązku lub "bo tak wypada" czy "co ludzie powiedzą" (ulubione powiedzonko mojej babci ;)). Nigdy nie robię takich rzeczy z poczucia obowiązku czy z tradycji a dlatego, że chcę. Jeśli mi się nie chciało to nie robiłam, bo nic na siłę. 

No właśnie, nic na siłę jest ok, ale przeczytałam kiedyś, a później zaobserwowałam na sobie, że jeśli się postaramy, wysilimy i zrobimy coś z chęcią i radością to nagroda jest warta zachodu. W ostatnich latach lansuje się filozofię, że nic nie musisz. I faktycznie sam pomysł jest słuszny, bo przecież mamy wolność wyboru i nikt nie stoi nad nami z batem. Nawet jeśli tym batem są społeczne wzorce to nie musimy ich przestrzegać i np. myć okien bo tak wypada. Uważam jednak, że w odbiorze tego przesłania doszło do nadinterpretacji i popadnięcia w skrajność jaką jest niechlujstwo czy leniswto. Co mam na myśli?  Podam prosty przykład ubioru. Dawniej bardzo dużą wagę przywiązywało się do strojów, dopasowania kolorów i faktur, do szczegółów. Pastowało się buty, prasowało ubranie, przyszywało się zwisające guziki, stroje razem z dodatkami, fryzurą i makijażem (a u panów z ogoloną brodą) tworzyły estetyczną całość. Dbało się o wygląd, bo był on wizytówką człowieka. Później nastało rozluźnienie zasad, przełamywanie schematów a na koniec wielki powrót miały leginsy i dresiwo, by zagościć w modzie nie tylko jako strój sportowy czy "podomka" a stała część ulicznego stroju. Gdzieś po drodze, chyba razem z pandemią, zapomniało się o prasowaniu, malowaniu, przyszło takie rozmemłanie i brak dbałości o wygląd. Ktoś może powiedzieć, że to ok, że w niczym nie przeszkadza, bo przynajmniej nie patrzymy już na innych i nie oceniamy, bo jest wolność i każdy ma prawo wyglądać tak jak chce. No pewnie, że ma prawo (chociaż ludzie zawsze oceniają i będą oceniać, zwłaszcza, Ci, którzy nie mają lepszych zajęć). Jednak czy tak bardzo się luzując nie popadamy w marazm i ogólny "tumiwisizm"? Widać to zwłaszcza w małych miasteczkach Anglii, gdzie otaczają Cię przeważnie ludzie ubrani w dresy i piżamy, rozczochrani i poplamieni. Przebywając wśród tej brzydoty tracisz jakąś motywację, chęć żeby o siebie zadbać. Bo skoro każdy chodzi tak jak chce to przecież ja też mogę wyjść w podomce. Pracując z domu też przestałam prasować i się malować. Dopiero niedawno mnie tknęło, że lepiej będę się czuła w wyprasowanej bluzie i w makijażu, mimo, że siedzę w domu. Dotarło też do mnie, że skoro oczekuję od życia tego co najlepsze to nie powinnam chodzić jak lump w jakiejś starej poplamionej bluzie. To temat na inny post, jednak warto się postarać i wyglądać fajnie nawet w domu, bo to wpływa na samopoczucie, a jeśli czujemy się dobrze to i dobre rzeczy do życia zapraszamy. Ryzyko wpadnięcia w kanał nicnierobienia dotyczy każdej dziedziny, ubiór był jedynie dosyć obrazowym przykładem. Dobrze jest się przyjrzeć, w którą stronę poszła nasza interpretacja filozofii "nic nie muszę". Brak podejmowania wysiłku i stawiania sobie chociażby małych wyzwań przynosi w dłuższej perspektywie rozleniwienie, uczucie zawieszenia i sprawia, że jesteśmy zdupiesiali bo nic nam się nie chce. Działanie, prowadzące do przyjemnych rzeczy nakręca nas pozytywnie do kolejnych wyzwań. Ludzie to takie automatyczne zegarki, które w ruchu dostają nowej energii i napędzają do dalszego działania, dlatego warto się mobilizować nawet do drobnych kroczków. Skoro mamy wolność i nic nie musimy to wybierzmy opcję "nic nie muszę, ale chcę i to zrobię bo mi zależy". 

Tak jak pisałam, mi też nie zawsze się chciało. Nie chciało mi się prasować, ładnie ubierać, odkurzać i sprzątać. Nigdy nie miałam strasznego bałaganu, ale ciągle odwlekałam sprzątanie bo nie miałam motywacji. Zaczęłam jednak spotykać na swojej drodze zadbane kobiety (i czasami panów), ludzi, którzy mają zawsze błysk w domu a nawet takie dziewczyny, które uwielbiają myć okna (pozdrowienia dla Agi :D). Ok, czasami faktycznie nie wystarcza siły ani czasu. To jest jak najbardziej zrozumiałe i w takim życiowym niedoczasie trzeba dobrze poukładać priorytety by nie zwariować. Jeśli ktoś pada na twarz z natłoku obowiązków, to przede wszystkim powinien wygospodarować czas na odpoczynek a nie na pucowanie domu. Natomiast mój post jest o sytuacji standardowej, kiedy czas mamy (lub wręcz mamy go w nadmiarze skoro np skrolujemy przez media społecznościowe czy oglądamy kolejny serial) a po prostu wpadliśmy w jakiś kanał zobojętnienia i lenistwa tłumacząc sobie, że przecież nic nie muszę.  Ja w tym kanale też byłam ale na szczęście znalazłam drabinę i udało mi się wyjść. Teraz z wolności wyboru wybieram dbanie o siebie i o dom.

Co właściwie robi nam porządek w domu, oprócz tego, że jest czysto i przyjemnie? Przede wszystkim sprawia, że patrząc na posprzątane wnętrze czujemy spokój, poukładana i czysta przestrzeń działa na nas relaksująco i wyciszająco. W ładzie nie odczuwamy chaosu. Pewnie każdy miał okazję się przekonać jak rozgardiasz wprowadza do naszej głowy zamęt i jak znika on wraz z posprzątaniem. Patrząc na bałagan czujemy przytłoczenie i poddenerwowanie, ciężko nam się skupić, już nie mówiąc o stresie wywołanym szukaniem czegoś w pośpiechu. Przy okazji sprzątania przed Świętami, warto też zrobić generalny przegląd rzeczy zbędnych, bo nawet nie zdajemy sobie sprawy jak te upchane po brzegi szafy obciążają naszą głowę. Przedmioty, których nie używamy, ubrania, których nie nosimy, stare papiery, zepsute buty, gadżety, zabawki itd. Czy po otwarciu drzwiczek starocie i przydasie wylewają się niczym lawa z krateru? Niech tym razem wyleje się prosto do plastikowego wora i wyląduje na śmietniku lub w pojemniku PCK, niech pozostawi jedynie spokój w głowie i porządek w szafie.

Tak więc zmieniłam swoje podejście i staram się traktować sprzątanie jako wartość dodaną, która niesie dodatkowe, z pozoru niezauważalne korzyści. Wszystko jest kwestią odpowiedniego podejścia a czasami jeszcze dobrej organizacji. Kończę pisać i za chwilę wkraczam do akcji aby odhaczyć kolejne punkty z mojej listy rzeczy do posprzątania przed Świętami. Zostawiam Was w tym, być może kontrowersyjnym, podejściu do tematu, każdy niech odczyta go tak jak mu pasuje. A tymczasem sezon świąteczny uważam za otwarty, wszak 1 i 11 listopada już za nami, więc czas usłyszeć po raz pierwszy najlepszy umilacz świątecznych przygotowań.




czwartek, 31 października 2024

Zwierzęta stadne

Lato minęło bardzo szybko, trochę w ogrodzie, nad jeziorem, na rowerze, lecz przede wszystkim na wielu spotkaniach i wspólnym działaniu. Miałam wrażenie, że nie zdążyłam porządnie usiąść, poleniuchować a nastała jesień i pora była schować ogrodowe meble, klapki i sukienki. Upłynęło kilka miesięcy od ostatniego wpisu i trochę się bałam, że nie uda mi się tu wrócić a blog zostanie przerwany i ponownie zawiśnie na kilka lat. Zależało mi jednak, żeby tak się nie stało, bo oprócz pisania w pamiętniku lubię też pisać do kogoś. Z tego względu, po wielu działaniach, zawirowaniach, jeżdżeniu w tę i we wtę a także po powrocie z długo wyczekiwanego urlopu wracam do pisania. Jesień i zima to też takie miesiące, w których przyjemnie się w końcu zatrzymać i posiedzieć w domu, więc liczę na więcej czasu. 

Złota polska jesień

Letnie miesiące spędzone z rodziną, z koleżankami a także na działaniu w lokalnej społeczności przyniosły mi pomysł na temat tego wpisu. Nie od dziś wiadomo, że człowiek to zwierzę stadne i trudno mu żyć samemu w zupełnej izolacji od społeczeństwa. Oczywiście są mniej lub bardziej towarzyskie osoby, Ci, którzy dążą do spotkań oraz Ci którzy ich unikają. Na przykład Mąż twierdzi, że on nie potrzebuje towarzystwa do szczęścia a do mojej obecności jakoś się przyzwyczaił, uroczy jest w swojej szczerości. I faktycznie nie zależy mu na przebywaniu w większym gronie. Ja jestem bardzo ludziolubna i potrzebuję spotkań. Uwielbiam wydawać przyjęcia, zapraszać gości lub organizować wspólne wyjazdy. (Wyobrażam sobie, że w poprzednim życiu wyprawiałam proszone obiady i rauty.) Gdyby nie remont a później dziury w budżecie i nadal nie wykończony dom pewnie częściej spraszałabym gości (O biedny Mąż!). Przebywanie w towarzystwie dodaje mi energii, a że towarzystwo starannie dobieram i unikam ludzi narzekających czy plotkujących, to nie mam problemu z tzw. wampirami energetycznymi, które energię wysysają. Najczęściej z takich spotkań wracam rozpromieniona i szczęśliwa. Może to ja wysysam energię z ludzi ;) Nikt jeszcze nie wnosił uwag, więc chyba nie. Staram się dzielić swoją radością i optymizmem dlatego podejrzewam, że korzyść ze spotkań jest obupólna. 

Jedną z większych obaw, jakie miałam przed wyprowadzką na wieś był potecjalny brak ludzi wokół. Zastanawiałam się, czy z Mężem nie będziemy zupełnie sami na środku niczego, czy będziemy mieć towarzystwo. I nie chodzi nawet o to, że nikogo byśmy nie znali, bo w takiej sytuacji byłam nie raz i udawało mi się stworzyć nowy krąg znajomych, myślałam, że w ogóle będziemy na pustkowiu. Wyobrażenia najczęściej okazują się błędne i niespójne z rzeczywistością, tak było również tym razem. Nasz dom położony jest w centralnej części wsi, więc ludzi wokół mamy sporo. Dodatkowo trafiliśmy na miłych i przyjaznych sąsiadów. Przyjęli nas bardzo życzliwie, zawsze pomagają, kiedy tego potrzebujemy, jest z kim porozmawiać i się poradzić. Dalsi sąsiedzi również sprawili, że poczuliśmy się jak u siebie, byli szczerze zainteresowani poznaniem nas i zawsze miło spędzamy z nimi czas. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy tu sami i w razie konieczności mamy na kogo liczyć.

Oprócz sąsiadów jest jeszcze jeden towarzyski aspekt w naszej wsi, mianowicie prężnie działające koło gospodyń wiejskich, do którego postanowiłam dołączyć. Nie mamy co prawda gospodarstwa prawdziwie wiejskiego, z żywym inwentarzem, akrami pól i grządek do pielenia. Nie mamy nawet psa ani kota jednak na wsi mieszkamy, więc do gospodyń wiejskich się zaliczam. Prawda jest taka, że żywego inwentarza to już na wsiach prawie nie uświadczysz, lecz to nie wpis o tym. Od prawie dwóch lat biorę udział w różnych wspólnych przedsięwzięciach i od początku zauważyłam, że przyjemnie jest robić coś w gronie kobiet, mieć wspólne zadanie, cel do zrealizowania. To bardzo mobilizuje, jednoczy i jest jeszcze miłym oderwaniem od domowych obowiązków. Dzięki KGW czuję się częścią społeczności i dodatkowo cieszę się, że robię coś dobrego dla innych dedykując swój wolny czas. Właśnie to robimy najczęściej, tworzymy coś dla mieszkańców aby sprawić im radość lub wesprzeć jakiś szczytny cel. Dobrze jest robić coś bezinteresownie dla innych.

Jeśli chodzi o wspólne działanie w kobiecym gronie i czas spędzony razem to z biegiem lat odkryłam, że babskie towarzystwo jest bardzo potrzebne, nie tylko mi, ale ogólnie kobietom. Właściwie od zawsze kobiety siadały razem, pracowały, rozmawiały, dzieliły się i wspierały. Mam wrażenie, że później przyszła moda na indywidualizm, na wyścig szczurów, przepychanie się do celu i zazdrość bo przecież inna może zdobyć coś przed nami. Być może to nie moda a kwestia dostrzeżenia tego co ważne, co tak naprawdę ma znaczenie. Może chodzi o dojrzałość emocjonalną przychodzącą z wiekiem, poznanie siebie i zrozumienie, że inna kobieta niczego nam nie zabierze bo cała moc sprawcza jest w nas. Zrozumiawszy to, możemy otworzyć się na inne kobiety bez lęku, bez obawy czy zazdrości a z ciekawością i chęcią uczenia się od siebie. Warto docenić korzyści płynące z przebywania w kobiecym kręgu i tworzyć takie babskie zgrupowania. 

Jeszcze w Szczecinie, w czasie pandemii, kiedy kawiarnie i inne lokale w większości były zamknięte przyszło mi na myśl, że chcę zacząć organizować cykliczne spotkania dla koleżanek. Chciałam umożliwić nam wspólne spędzenie czasu, pobycie razem, porozmawianie i poprawienie sobie humorów w tym depresyjnym czasie. Nazwałam te spotkania "Podwieczorki u Carli" i sądzę, że okazały się być sukcesem, ponieważ grupa (z pewnymi zmianami w składzie) z biegiem lat zmieniła się w moim odczuciu w zgraną paczkę przyjaciółek. W paczkę, w której można być sobą, gdzie nie ma udawania i przede wszystkim nie ma obgadywania czy zazdrości. Jest pozytywny przepływ energii, wsparcie i inspiracja do zmian. Uwielbiam te nasze spotkania. Po przeprowadzce zastanawiałam się czy uda się utrzymać nasze grono i nadal spotykać. Faktycznie z uwagi na odległość nie widzimy się już tak regularnie lecz w zamian zdaża się nam spędzić więcej czasu naraz podczas wspólnych weekendowych wyjazdów. Mąż chętnie mnie wysyła na zloty i mówi "Jedź, na pewno będziesz się dobrze bawić i wrócisz zadowolona". I tak rzeczywiście jest za każdym razem. 


Zamykając powoli ten wpis wspomnę o mojej rodzinie, ponieważ tak jak pisałam, udało nam się spędzić sporo letnich dni razem. Dobry był to czas, z jednej strony przywołujący radosne dzieciństwo z drugiej przynoszący refleksję o nowych rolach jakie mamy w dorosłym życiu i zmiany dynamiki rodzinnej jaka za tym idzie. Może kiedyś podejmę ten ciekawy wątek.   

Kończąc teraz rozważania na temat nas, zwierząt stadnych a w szczególności stadnych kobiet zachęcam do wyjścia do ludzi nawet wtedy, lub przede wszystkim wtedy, kiedy zasiedzimy się w domu, pod ciepłym kocykiem. Wtedy, gdy wydaje się, że nikogo nie ma wokół nas albo co gorsza, że wszyscy są nie tacy jak (według nas) powinni. Wychodź z inicjatywą i buduj swoje stadko ludzi, z którymi stworzysz wartościowe, pełne uważności relacje, z którymi wymienisz się dobrym słowem, pozytywną energią czy swoim czasem. Daj kawałek siebie i przekonaj się ile sam możesz w stadzie otrzymać. 

poniedziałek, 24 czerwca 2024

Takim to dobrze!

Mój zdolny i pracowity Mąż odnowił ostatnio meble ogrodowe, które rok wcześniej dostaliśmy od mojej mamy. Wyszlifował wszystko, pomalował, łącznie z dwoma nowymi leżakami, które dokupiliśmy. Rozstawiliśmy wszystko w ogrodzie, między jabłonią a leszczynami oficjalnie otwierając tym samym sezon ogrodowy. Pięknie to wygląda. Rozsiedliśmy się wygodnie któregoś sobotniego poranka i piliśmy poranną kawę łapiąc promienie słońca. Życie jak w Madrycie. Jeden z sąsiadów przechodził akurat drogą i pierwsze co powiedział to "Takim to dobrze". Jakby picie kawy w ogrodzie było czymś nadzwyczajnym, czego mogą doświadczać tylko nieliczni śmiertelnicy. Rozbrajają mnie takie słowa, pewnie powiedziane odruchowo w ramach banałów, które się wypowiada spotykając kogoś. Natomiast jestem jakoś wyczulona na takie hasła i działają one na mnie trochę jak płachta na byka. Odpowiedziałam więc, że każdy może tak mieć a słońce, przynajmniej na razie, jest za darmo. Bo czyż nie każdy może mieć taki poranek? Nawet jeśli nie masz ogrodu, nawet jeśli nie masz leżaka, nawet jeśli mieszkasz w mieście. Wystarczy kawałek polany i koc albo nawet powalony pień, park przy osiedlu z ławką. Kawka do termosu i już mamy przystanek na trasie między porankiem a nocą. Akurat ten pan mieszka w domku z ogrodem, więc też może sobie usiąść bez większych ceregieli i odpocząć. 
Ludzie często zapominają, że ich życie zależy wyłącznie od nich i sami mogą kreować swoją rzeczywistość. W naszych rękach jest to, czy będziemy zadowoleni, szczęśliwi, czy będziemy dostrzegać i doceniać to co mamy, czy skupimy się na brakach i biadoleniu jak nam źle a jak inni to mają dobrze. Od nas zależy, czy znajdziemy czas na odpoczynek, na sprawienie sobie przyjemności wypicia kawy czy herbaty w spokoju, na wystawienie twarzy do słońca. To raptem kilka minut w ciągu dnia, w których można sobie pozwolić na zatrzymanie się i bycie, bycie bez robienia, bez planowania, sprawdzania telefonu, bez analizowania, zwyczajnie na cieszenie się daną chwilą. Nie trzeba super mocy, aby nauczyć się o siebie dbać, wystarczy dać sobie przyzwolenie na odpoczynek. Przecież robota nie zając, nie ucieknie. Zawsze jest coś do zrobienia i to, że poświęcisz sobie szczyptę dnia na spokojne wypicie kawy niczego nie zmieni, zdążysz wszystko zrobić. 
Pisząc to przypomniał mi się podobny tekst tj. "Nie za dobrze Ci?" Czy od dobrostanu ktoś umarł, że obawiamy się o jego przedawkowanie? Czy komuś może być za dobrze, czy jest jakiś limit szczęścia i powodzenia? Można mieć wszystko, pieniądze, miłość, zdrowie, sukces, urodę, każdy na swój sposób i według swojego uznania. Jedyne limity tworzymy sami w naszej głowie myśląc przesądnie, że nie można mieć wszystkiego, że albo szczęście w miłości albo pieniądze, albo mądrość, albo uroda itd. Kto to w ogóle wymyślił? Już czas porzucić takie zabobonne przekonania i ludowe prawdy przekazywane bez zastanowienia coraz to nowym pokoleniom. Uważam, że jeśli komuś przychodzi na myśl, że ktoś inny ma za dobrze, to najprawdopodobniej po prostu zazdrości tej osobie i nie dostrzega, że gdyby chciał mógłby mieć dokładnie to samo albo i jeszcze więcej. Kwestia wyborów i porzucenia ograniczeń. Brzmi brutalnie, ale jeśli ograniczasz się myśląc, że musisz wybierać jedno albo drugie otrzymasz jedynie mocno ograniczoną wersję rzeczywistości. Bądźmy zachłanni, im więcej oczekujemy od życia tym więcej od niego otrzymujemy. 
Namawiam znów do zauważenia tego co myślimy i co bezwiednie powtarzamy. Zachęcam do zastanowienia się nad znaczeniem naszych słów i przemyśleniem z czego wynikają. Czy z lęków, z zazdrości, z przesądności?
Odbiegając od tematu, czy tego chcemy czy nie, nasze myśli i słowa mają ogromną moc i kreują nasze życie. Pamiętaj, że wypowiadając negatywne zdania czy opinie przyciągasz więcej negatywnych spraw. Mózg zawsze będzie szukał w Twoim otoczeniu potwierdzenia tego co myślisz i będzie Ci to dostarczał. Wystarczy zrobić eksperyment. Pomyśl dajmy na to „ludzie utyli po pandemii”, gwarantuje, że idąc ulicą będziesz przede wszystkim dostrzegać tych przy kości. Mówiąc, że wszyscy wokół kłamią spotkasz na swojej drodze takich, którzy nie są prawdomówni. Negatywne myślenie i wypowiadanie negatywnych uwag po prostu się nie opłaca, jeśli zależy Ci na szczęśliwym życiu nastaw się pozytywnie.
Ps. A ten post piszę do was z leżaka siedząc w ogrodzie w cieniu jabłoni. Takiej to dobrze! Tak, jest mi wspaniale i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Sama codziennie wybieram swoją rzeczywistość i świadomie ją kreuję.





czwartek, 30 maja 2024

Grand Premiere!

Kilka moich fotografii zdobi stare ściany Pałacu Siemczyno, jeszcze przez miesiąc a konkretnie do 22.06.2024 można obejrzeć te oraz inne prace do czego serdecznie zachęcam. Tak jak pisałam, zgłosiłam się do Międzynarodowego Przeglądu Sztuki "Od gór po morze". Pomyślałam, że skoro fotografuję od ponad dekady, mogłabym swoje prace w końcu pokazać światu. Wcześniej udostępniałam zdjęcia na Flickr, trochę na Instagramie, ale zgłoszenie do przeglądu sztuki przyspieszyło decyzję, że pora na coś więcej. 

I tak praca nad logo została połączona z jednoczesnym stworzeniem strony internetowej mojej kawiarni. W dniu wernisażu Mąż udostępnił gotową stronę w sieci. Jest to pierwsza wersja strony, która zapowiada kawiarnię i to co wokół niej powstanie. Chcę tworzyć i dzielić się tym co jest mi bliskie. Będzie to miejsce łączące pyszną kawę, kwiaty, sztukę i uważność. Na stronie znajdziecie również moje prace, których wydruk w formacie A1 lub A2 zamówić można mailowo. 

Kolejny etap do realizacji marzenia zakończony! Dzisiaj po dwóch dekadach oficjalnie ogłaszam nazwę mojej kawiarni, przedstawiam Wam

 Café na Luzie

Z podekscytowaniem i „pewną taką nieśmiałością” zapraszam na piękną stronę www.cafenaluzie.pl 










czwartek, 16 maja 2024

O sztuce, więzieniu i wolności lub przepis na zostanie artystką.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym wyszłam z więzienia. To było cztery lata temu, na początku nadal ciepłego i słonecznego września. Postanowiłam robić tego dnia tylko przyjemne rzeczy, jechać do miasta i dać się ponieść sandałom, po prostu odiwedzić ulubione zakątki. Zaparkowałam samochód i ruszyłam najpierw do mojej uroczej kawiarni przy ulicy Pocztowej. Po skosie jest sklep z antykami, porozmawiałam ze starszym Panem, który go prowadził, pokazał mi ciekawe obrazy, opowiedział swoją historię. Podpytałam czy aby prowadzić takie miejsce trzeba skończyć Historię sztuki albo inne zbliżone studia. W mojej głowie od lat tkwiło przekonanie, że aby robić coś związanego ze sztuką koniecznie trzeba studiować odpowiedni kierunek. W takich czasach dorastałam, studia na przełomie XXI wieku były domniemaną przepustką to lepszego świata. Ile frustracji spowodowało to w ludziach, którzy z magistrem w ręku albo wcale nie mogli znaleźć pracy albo dostali w niej 800zl wypłaty. W każdym razie, ze zdziwieniem odkryłam, że wystarczy się czymś interesować by zacząć się tym zajmować. Po raz kolejny potwierdziło się, że wyobrażenia w naszej głowie są ogromnymi przeszkodami w życiu. Jeśli przyjmiemy je za pewnik i nie sprawdzimy, czy mają potwierdzenie w rzeczywistości, stopujemy sami siebie i te wszystkie niezwykłe rzeczy, które moglibyśmy zacząć robić. Następnie sandały zaprowadziły mnie do antykwariatu, gdzie kupiłam cztery tomu Historii sztuki.  Postanowiłam, że chcę pracować w czymś związanym ze sztuką. Następnego dnia, na randce z Mężem opowiedziałam mu z ekscytacją o tej mojej wycieczce po mieście, o tym, że chcę zajmować się sztuką a nie nudnym IT. Przede wszystkim powiedziałam, że chcę być artystką. 

A tak, na pewno chcecie wiedzieć co to za historia z więzieniem. Oczywiście był to "areszt domowy", kwarantanna kowidowa, na którą z własnego krótkotrwałego braku wyobraźni się wpakowałam (żeby nie powiedzieć z głupoty). Te dwa tygodnie w zamknięciu, mimo spacerniaka w postaci ogrodu, były dla mnie koszmarne i nie do zniesienia. Dotarło do mnie, że dla mnie wolność jest jednak najważniejszą wartością. No, ale ten post nie jest ani o więzieniu, ani o wolności. To był tylko "chłyt marketingowy" a głównym tematem jest sztuka.

Wypowiedziałam tamtego pamiętnego dnia życzenie, by zostać artystką i zajmować się czymś związanym ze sztuką. Nie myślałam o tym za dużo, powoli czytałam kupione książki, później zaczęłam malować na kartkach, następnie zainwestowałam w lepszy papier i porządne farby. Po przeprowadzce na wieś zapisałam się na kurs malarstwa i próbuję swoich sił na płótnie. Takie małe kroczki, które same się wykonują. Nie planowałam, co powinnam zrobić aby zostać artystką. Dopiero ostatnio zrobiłam małą retrospekcję i z zadowoleniem zobaczyłam, że faktycznie mimochodem zmierzam do spełnienia  tego życzenia.

Latem poprzedniego roku byłam na wernisażu Przeglądu Sztuki w Pałacu Siemczyno. Swoje piękne prace wystawiło mnóstwo artystów. atmosfera była wspaniała a stare, surowe wnętrza pałacu jeszcze dodawały klimatu. Cieszyłam się, że mogłam w tym uczestniczyć. Parę miesięcy temu zobaczyłam ogłoszenie o drugim już przeglądzie. Idąc za ciosem zgłosiłam chęć udziału. Na obrazy jest jeszcze za wcześnie, dlatego wysłałam swoje fotografie. Wiele razy słyszałam, że robię ciekawe zdjęcia i powinnam je zaprezentować szerszej publiczności.  Po latach nadszedł ten moment!

Zatem droga publiczności, serdecznie zapraszam na wernisaż II Międzynarodowego Przeglądu Sztuki, który odbędzie się w sobotę 18.05.2024 w Pałacu Siemczyno - w Siemczynie między Złocieńcem a Czaplinkiem. 



poniedziałek, 13 maja 2024

Historia naszej wyprowadzki, z nietoperzem w tle.

Marzyło mi się od wielu wielu lat żeby uniezależnić się od miejsca, podróżować i pracować z trasy. Właściwie Anglię opuszczałam z wizją zostania cyfrową nomadką. Chciałam rozkręcić swój biznes, który byłby całkowicie online. Pisałam już, że uwielbiam podróżować, planować wyjazdy, wyszukiwać noclegi czy połączenia. Mogłabym to robić cały czas. Wymyśliłam biznes, który oferował klientom organizowanie wypraw szytych na miarę. Dodatkowo chciałam połączyć to z nauczaniem uważności i stworzyłam zestaw ćwiczeń do wykonania w czasie urlopu. Założyłam w Anglii firmę, stworzyłam stronę internetową i pojechałam na Fuertaventurę. Spakowałam mój niewielki dobytek zebrany podczas emigracji i poleciałam z myślą, że osiedlę się na Kanarach. Marzyłam o tym, żeby cały rok chodzić w klapkach i letnich sukienkach. Zresztą nadal o tym marzę, bo jestem zwolenniczką wolności stóp. Pomieszkałam na FV miesiąc i poleciałam na chwilę do Polski. Z tej chwili zrobiło się kilka tygodni i ostatecznie wróciłam jeszcze na FV, ale już wiedziałam, że na tamten moment, nie było to miejsce dla mnie. Nie do końca miałam sprecyzowaną. wizję, nie miałam doświadczenia w prowadzeniu biznesu, zwłaszcza biznesu online a co najważniejsze czułam się jakaś samotna. Zabrałam walizki i wróciłam do Szczecina. 

I tak w rodzinnym mieście zaczęłam pracę jako agentka ubezpieczeniowa. Odkryłam nowy rodzaj pracy, ciekawej i dającej poczucie, że jesteś panią swojego czasu i pracujesz na siebie, że masz zdecydowanie więcej wolności. I tak faktycznie było, jechałam na spotkanie do Koszalina czy Kołobrzegu a w drodze powrotnej opalałam się nad morzem. To była świetna praca, gdyby nie marne zarobki nie wróciłabym do biura. Na dłuższą metę nie mogłam pracować tylko na opłaty, więc niestety zrezygnowałam z wolności na rzecz etatu. Praca w biurze mnie dobijała, siedzenie osiem godzin w zamknięciu, bez możliwości wyjścia na powietrze zdecydowanie nie jest dla mnie. Gdy w 2020 nagle pojawiła się możliwość pracy zdalnej stwierdziłam, że to wspaniałe rozwiązanie i nie chcę wracać do klatki. 

Rok niesfornego nietoperza paraliżującego świat, był dla mnie przede wszystkim rokiem, w którym poznałam Męża. Mieszkaliśmy w tym samym budynku, Mąż na górze a ja na dole, niczym w Pawle i Gawle, na szczęście bez polowań i łowienia ryb. To nasze położenie było niezwykle luksusowym rozwiązaniem, szczególnie w czasie, gdy lokale były zamknięte i nie było nawet dokąd chodzić na randki. Mieszkaliśmy tak sobie jedno pod drugim, aż w pewnym momencie los zdecydował za nas, że czas zamieszkać razem w innym miejscu. Skoro miała to być zmiana adresu to w grę wchodziła również zupełna zmiana otoczenia. zwłaszcza, że obydwoje pracowaliśmy zdalnie, więc miasto nas nie ograniczało.

Nagle obudziła się we mnie uśpiona wizja cyfrowej nomadki i zaproponowałam żebyśmy spędzili rok jeżdżąc po Polsce i zatrzymując się na miesiąc czy dwa w nowym miejscu. To dopiero była ekscytacja! Nie dość, że wspólne zamieszkanie to jeszcze spełnienie wyobrażeń o życiu bez korzeni. Wybór padł na początku na okolicę, w której obecnie mieszkamy. Wynajęliśmy lokum tuż nad rzeką, z parkiem po drugiej stronie. Był maj, zielono, pachnąco, śpiew ptaków zamiast budzika. I to zwolnienie tempa! Beztroska, życie w małym miasteczku, gdzie wszystkie zakupy mogliśmy zrobić w obrębie 100 metrów i gdzie ludzie ze sobą rozmawiają. To było trochę jak objawienie, że może istnieć inny rodzaj rzeczywistości do życia, prawdziwa sielanka.

Spokojne życie nad rzeką


Było pięknie lecz Mąż po miesiącu mieszkania na wynajmowanym uznał, że jednak lepiej mieć własny kąt i swoją bazę, do której można wrócić. Szukaliśmy jednocześnie kolejnych opcji, mieszkań lub domów, które można wynająć na miesiąc albo dwa. Polski rynek nie jest na ten typ najmu przygotowany, zwłaszcza w takich odległych miejscach jak Bieszczady, a marzyła nam się wówczas ściana wschodnia. Mąż rozglądał się w tym samym czasie za domami, i znalazł. Po dwóch miesiącach spędzonych nad rzeką kupiliśmy stary dom, ani się obejrzeliśmy a już mieszkaliśmy na wsi. Po raz drugi nie udało mi się zrealizować wizji przenoszenia się z miejsca na miejsce, spakowania walizki i jechania tam, gdzie dusza zapragnie. Z drugiej strony teraz jest czas na coś innego i jeszcze wszystko przed nami. Na razie mało podróżujemy, konsekwencją reparacji domu jest bowiem konieczność reparacji mocno nadszarpniętego budżetu. Poza tym w dalszym ciągu udoskonalamy przestrzeń wokół nas co pomaga nam niezmiernie w podnoszeniu kreatywności w pozyskiwaniu nowych środków finansowych.

Moja pierwsza samotna próba nie była wystarczająco przemyślania i na tamten moment brakowało mi jakiś wewnętrznych zasobów na totalnie nowy styl życia. Nasza wspólna próba pokazała natomiast, że życie w drodze jest trochę bardziej skomplikowane niż to pierwotnie zakładałam, szczególnie jeśli nie masz swojego miejsca bazowego i do dobrego funkcjonowania potrzebujesz sporego bagażu. Bycie cyfrowym nomadą z pewnością ma sens i jest łatwiejsze, jeśli pracujesz zdalnie, ale dla siebie (kiedy jesteś Youtuberem, Influenserem lub innym Erem, choćby Milionerem). Nie musisz wówczas siedzieć przed ekranem komputera ośmiu godzin i nie potrzebujesz dobrych warunków do pracy. Wtedy faktycznie wystarczyłby mały laptop, kilka ubrań, szczoteczka do zębów i rowery! I sandałki, stroje kąpielowe, kilka książek, kawiarka, młynek do kawy ... i całe mnóstwo innych rzeczy, które uprzyjemniałyby życie w drodze...to już robi się cała przyczepka a my na ten moment, nie mamy nawet haka do samochodu. 

Jestem przekonana, że czas na próbę numer trzy nadejdzie, skoro trzecia próba, to może nawet we trójkę. Marzenia się spełniają jednak czasami trzeba na to spełnienie poczekać dłużej i być otwartym na formę realizacji.