Zdecydowaną większość czasu poświęcam na karmienie umysłu pozytywnymi myślami. Uczę się relaksacji i programowania podświadomości. W naszej głowie zakodowane są najróżniejsze schematy myślowe, które sterują nami w większym stopniu niż mogłoby się wydawać. Jesteśmy pewni, że sami podejmujemy decyzje na poziomie świadomości, a tymczasem jest to tylko podążanie za podświadomym podszeptem zakorzenionego głęboko głosu, nie koniecznie głosu intuicji. Jest to coś, co wyuczone i powtarzane utkwiło w nas stanowiąc teraz wzór pod zachowanie. Działamy niczym pies Pawłowa, dla przykładu stresująca sytuacja jakiegoś rodzaju zawsze wywołuje napad paniki. Aby zmienić taki schemat nie pozostaje nic innego jak systematyczne wpajanie sobie nowych opcji, aby zastąpić nimi stare reakcje. Przez wytrwałe powtarzanie pewnych myśli i wyobrażanie sytuacji możemy przekierować rzekę w inne koryto. Wówczas zamiast paniki pojawi się spokój oraz uruchomi logiczne myślenie, co pozwoli na znalezienie dobrego rozwiązania. Na pierwszy rzut oka taka zmiana wydaje się niemożliwa, na szczęście nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy być wytrwałym i bardzo czegoś chcieć.
Przy okazji szukania odpowiednich dekoracji do swojego ulepszonego wnętrza natknęłam się na zalecenie aby stworzyć kilkuletni plan na życie. Na jednym regale leżała propozycja planu dziesięcioletniego a trochę dalej, znacznie łatwiejsza do złożenia, wersja dwuletnia. Zgodnie z przekazem "zrób to sam" należy zastanowić się czego pragniemy, jak chcielibyśmy żyć za kilka lat, co robić, gdzie być. Trzeba odpowiedzieć na pytanie: "Co chcę właściwie osiągnąć i na czym mi w głębi duszy zależy?". Jest to całkiem podobna koncepcja do tej, o której pisałam prawie rok temu w poście "A Ty o czym marzysz ? ". Zmajsterkowanie listy marzeń przybliża nas do ich realizacji. Z planem sprawa jest jeszcze bardziej konkretna i namacalna. Każdy plan składa się z ram czasowych a także kroków do osiągnięcia celu. Z takim dziełem nie sposób siedzieć z założonymi rękami, trzeba działać.
Ja jeszcze nie podjęłam próby sklecenia planu, ponieważ nie do końca wiem czego chcę. Co za nonsens! Wiem czego chcę, tylko strach powstrzymuje mnie przed spisaniem poszczególnych punktów. Będzie to przecież równoznaczne ze stawieniem się na linii startu. A co jeśli się przewrócę, a co jeśli opadnę z sił albo złapie mnie skurcz? I tu wracam do pierwszego akapitu. Tego typu nieracjonalny lęk też można wyeliminować. Wyplewię co trzeba i układam plan, bo przecież czas ucieka.
O dążeniu do życia zgodnego z głosem serca. O życiu w wielkim mieście a obecnie na wsi. O podróżach w głąb siebie. O sztuce, pięknie i przyrodzie.
środa, 29 stycznia 2014
piątek, 17 stycznia 2014
Kreator wnętrz ;)
Nic na siłę, odłożyłam temat Azji na tydzień, może za parę dni będę w stanie zdecydować czy chcę jechać a jeśli tak, to na jak długo. Wiem, nie tego oczekiwaliście od podstrzelonej Cudawianki ;)
Tymczasem obłożyłam się różnymi notatnikami i zeszytami i robię biznesy ;) Inwestuję w siebie. Poświęcam czas na to co w tym momencie dla mnie ważne, na co po prostu mam ochotę lub co jest mi potrzebne. Bez spinki lub wyrzutów sumienia. Jestem dla siebie dobra i kreuję swoje wnętrze.
Ps. Jeśli chodzi o złamanie opisywane dwa posty temu, to na szczęście diagnoza okazała się błędna. Miłość jest twarda i ma silne kości, które tak łatwo się nie łamią :) Zimny okład i dobry opatrunek powinien wystarczyć na spuchniętą i lekko stłuczoną nogę.
piątek, 10 stycznia 2014
Łapiąc motyle na pełnym relaksie...
Mój mózg chwilowo się wyłączył. Odpoczywa, relaksuje się i nabiera sił. Leniuchuje, odżywia się przyjemnościami, czerpie z miłych chwil oraz przyjemnego otoczenia. Jest na zwolnieniu a ja z nim. Zwolniłam go z obowiązku nieustającej pracy, pełnej gotowości i ciągłego przetwarzania.
Siedzimy w przytulnym mieszkanku u mojej mamy, w rodzinnym Szczecinie odreagowując wszystkie ubiegłoroczne stresy. Mój mózg i ja na wczasach.
Od czasu do czasu podejmujemy próbę przetworzenia paru impulsów i wygenerowania myśli, z której powstałby zalążek planu na najbliższe miesiące. Wydawałoby się, że jesteśmy już wypoczęci. Wybyczyliśmy się podczas świąt, podjedliśmy smakołyków, następnie spontanicznie zabawiliśmy noworocznie w Krakowie. Powinniśmy być gotowi do tworzenia.
Weszliśmy w 2014 rok na pełnym relaksie a teraz ruszając z siatką na motyle będziemy łapać nowe pomysły. Przybijemy je szpilką do ściany i będziemy się przyglądać. Tym różnorodnym, kolorowym, malutkim i większym, pięknym motylowym wizjom. Obejrzymy, zmierzymy, porównamy a na sam koniec uwolnimy te najlepsze. Niech lecą w świat i zabiorą nas ze sobą przyciągając jednocześnie odpowiednie okoliczności przyrody, tak aby łatwiej nam się podróżowało.
Ale to za moment, za parę dni lub tygodni. Potrzebujemy jeszcze chwili dla siebie, na bezruch i wyciszenie. Powoli wyciągamy rękę, podnosimy siatkę i czekamy na to co do niej wpadnie. Musimy nabrać mocy aby podjąć dobre decyzje i wypuścić tylko wartościowe okazy.
Siedzimy w przytulnym mieszkanku u mojej mamy, w rodzinnym Szczecinie odreagowując wszystkie ubiegłoroczne stresy. Mój mózg i ja na wczasach.
Od czasu do czasu podejmujemy próbę przetworzenia paru impulsów i wygenerowania myśli, z której powstałby zalążek planu na najbliższe miesiące. Wydawałoby się, że jesteśmy już wypoczęci. Wybyczyliśmy się podczas świąt, podjedliśmy smakołyków, następnie spontanicznie zabawiliśmy noworocznie w Krakowie. Powinniśmy być gotowi do tworzenia.
Weszliśmy w 2014 rok na pełnym relaksie a teraz ruszając z siatką na motyle będziemy łapać nowe pomysły. Przybijemy je szpilką do ściany i będziemy się przyglądać. Tym różnorodnym, kolorowym, malutkim i większym, pięknym motylowym wizjom. Obejrzymy, zmierzymy, porównamy a na sam koniec uwolnimy te najlepsze. Niech lecą w świat i zabiorą nas ze sobą przyciągając jednocześnie odpowiednie okoliczności przyrody, tak aby łatwiej nam się podróżowało.
Ale to za moment, za parę dni lub tygodni. Potrzebujemy jeszcze chwili dla siebie, na bezruch i wyciszenie. Powoli wyciągamy rękę, podnosimy siatkę i czekamy na to co do niej wpadnie. Musimy nabrać mocy aby podjąć dobre decyzje i wypuścić tylko wartościowe okazy.
czwartek, 19 grudnia 2013
Kiedy wszystko staje na głowie lub miłość ze złamaną nogą.
Na koniec roku sponsorowanego przez literę Z jak Zmiana, przemęczona przeprowadzkami, szukaniem pracy i samą pracą, która poza wypłatą nie spełnia w żaden sposób moich oczekiwań, życie zafundowało mi nowy przewrót. Całkowite wywrócenie wszystkiego do góry nogami, z podwójnym impetem stresu i rozkmin.
Miłość to największa z możliwych niespodzianek, przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, nie wiadomo co przyniesie. Idziemy beztrosko ulicami przeznaczenia, żąglujemy planami i optymistycznymi myślami, skręcamy za rogiem i wtedy się pojawia. Uczucie które uskrzydla, dodaje świeżości i prowadzi nas w nieznane. Miłość jak delikatna i zjawiskowa tęcza jednak bardziej od niej nieprzewidywalna i ulotna. Czasami jest naszym kompanem przez lata, innym razem towarzyszy nam tylko na krótkim etapie podróży. Idąc ze mną poślizgnęła się na mokrym londyńskim chodniku i złamała nogę. Nie spodziewaliscie się, że miłość ma nogi? Musi mieć, inaczej nie brałaby ich za pas i nie uciekała gdy się czegoś boi. Moja miłość złamała nogę, dlatego jej funkcja podróżnika została brutalnie zawieszona, tak nagle jak łamanie kości.
Od teraz muszę iść sama. Być może przez chwilę, być może dłużej, może już zawsze. Tego nie da się przewidzieć. Mam oczywiście nadzieję, że noga szybko się zagoi i miłość znowu dotrzyma mi kroku, nawet jeśli będzie kuśtykać, jeśli zwolni trochę tempa.
Zanim to nastąpi nie pozostaje nic innego jak zacisnąć zęby, wyprostować się i stawić czoła przeciwnościom a przede wszystkim samej sobie. Ostatnie wydarzenia oraz wspomnienia z kilku minionych miesięcy postawiły mnie przed koniecznością a raczej przed wewnętrzną potrzebą poukładania pewnych spraw w głowie. Uczucia same w sobie nie gwarantują sukcesu, czasami trzeba je zweryfikować i podeprzeć miłość rozumem.
Z jednej strony wygląda to smutno z drugiej optymistycznie, ponieważ nie wiadomo co przyniesie jutro.
Tymczasem , po raz dziesiąty w tym roku pakuję walizki Niedobrze mi od tych zmian. Pakuję wszystko i jadę do Szczecina na Świeta. Lot w pierwszą stronę był oczywiście planowany, jednak aktualna wersja nie zakłada powrotu. Przez kolejne tygodnie posiedzę w domu. Pomyślę, odpocznę, zrobię porządek w swojej głowie i później albo wrócę do Londynu (do innej pracy i innego mieszkania) albo pojadę prosto do Azji. W zależności od siły i możliwości.
Będzie dobrze, musi być :) Cudownych Świąt !!!
Miłość to największa z możliwych niespodzianek, przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, nie wiadomo co przyniesie. Idziemy beztrosko ulicami przeznaczenia, żąglujemy planami i optymistycznymi myślami, skręcamy za rogiem i wtedy się pojawia. Uczucie które uskrzydla, dodaje świeżości i prowadzi nas w nieznane. Miłość jak delikatna i zjawiskowa tęcza jednak bardziej od niej nieprzewidywalna i ulotna. Czasami jest naszym kompanem przez lata, innym razem towarzyszy nam tylko na krótkim etapie podróży. Idąc ze mną poślizgnęła się na mokrym londyńskim chodniku i złamała nogę. Nie spodziewaliscie się, że miłość ma nogi? Musi mieć, inaczej nie brałaby ich za pas i nie uciekała gdy się czegoś boi. Moja miłość złamała nogę, dlatego jej funkcja podróżnika została brutalnie zawieszona, tak nagle jak łamanie kości.
Od teraz muszę iść sama. Być może przez chwilę, być może dłużej, może już zawsze. Tego nie da się przewidzieć. Mam oczywiście nadzieję, że noga szybko się zagoi i miłość znowu dotrzyma mi kroku, nawet jeśli będzie kuśtykać, jeśli zwolni trochę tempa.
Zanim to nastąpi nie pozostaje nic innego jak zacisnąć zęby, wyprostować się i stawić czoła przeciwnościom a przede wszystkim samej sobie. Ostatnie wydarzenia oraz wspomnienia z kilku minionych miesięcy postawiły mnie przed koniecznością a raczej przed wewnętrzną potrzebą poukładania pewnych spraw w głowie. Uczucia same w sobie nie gwarantują sukcesu, czasami trzeba je zweryfikować i podeprzeć miłość rozumem.
Z jednej strony wygląda to smutno z drugiej optymistycznie, ponieważ nie wiadomo co przyniesie jutro.
Tymczasem , po raz dziesiąty w tym roku pakuję walizki Niedobrze mi od tych zmian. Pakuję wszystko i jadę do Szczecina na Świeta. Lot w pierwszą stronę był oczywiście planowany, jednak aktualna wersja nie zakłada powrotu. Przez kolejne tygodnie posiedzę w domu. Pomyślę, odpocznę, zrobię porządek w swojej głowie i później albo wrócę do Londynu (do innej pracy i innego mieszkania) albo pojadę prosto do Azji. W zależności od siły i możliwości.
Będzie dobrze, musi być :) Cudownych Świąt !!!
wtorek, 10 grudnia 2013
Liście lecą z drzew czyli podsumowanie listopada.
Listopad był pieknym miesiącem. Drzewa w Anglii dłużej trzymają się jesiennych kolorów, niebo przybiera pastelowe odcienie różu i błękitu, na niebie rozmyte szare chmury. Miałam czas żeby nacieszyć sie tym widokiem i zapomnieć, że nadciąga zima i dni są strasznie krótkie. Nadciągającej zimy nie czuć też podczas urlopu a miniony miesiąc przyniósł niespodziewanie dwa weekendowe wyjazdy w bardzo ciepłe południowe miejsca. Ponad dwadzieścia stopni, kąpiel w oceanie w ostatnich dniach listopada. Świeże, rozpływające się w ustach jedzenie, pachnące morzem powietrze, w jednym miejscu pomarańcze i sosny piniowe, w drugim kaktusy i wulkaniczne rośliny. Krajobraz rajski, krajobraz księżycowy. Słońce, dużo słońca. "Lekarze zalecają: późnojesienne wypady w słoneczne miejsca zapewniają długofalową ochronę przed angielską zimową zgnilizną. " ;)
Urlopy to relaks i dodatkowa, bardzo mi ostatnio potrzebna porcja wolnego czasu. Co robi księżniczkowy umysł, kiedy przestaje się spinać i stresować codzienną bieganiną? Zaczyna tworzyć serię egzystencjalnych pytań strzelając nimi niczym z karabinu. Pociski trafiły w twardą powierzchnię zwaną zastojem, tworząc w niej dziury potrzebne do podjęcia kolejnych kroków. Przez zrelaksowane podziurawione myślami ciało zaczyna przechodzić świeża pachnąca słońcem energia. Pojawia się potrzeba weryfikacji kierunku w ktorym zmierzam. W obecnej chwili czuję, że zmierzam donikąd. Dotarło do mnie (pewnie nie po raz pierwszy i nie ostatni), że Azja to za mało.
Obecna praca mnie ogłupia, zapominam w niej co potrafię i na co mnie stać. Jest dobra dla studentów, który chcą nabrać doświadczenia i poczekać na rozprostowanie skrzydeł. Do tego brak jakiegokolwiek pomysłu na zarządzanie, brak zdroworozsądkowej strategii na prowadzenie kampanii strasznie mnie dobija. Nie znoszę braku informacji lub zmiany frontu raz na tydzień. Myślałam, że będę w stanie przetrwać dojazdy do pracy, jednak czym krótszy dzień tym mniej mam siły na spędzanie prawie czterech godzin dziennie w pociągu i na rowerze. Od połowy lipca nie zrobiłam nic żeby to zmienić. Zbierałam kasę na Azję, ale przecież wyjazd to nie wszystko. Czas się ruszyć i intensywnie szukać czegoś w Londynie i czegoś ciekawego. Poza tym, nawet jeśli zacisnęłabym zęby, odłożyła i pojechała w podróż to pojawia się pytanie czy to pomoże mi w odkryciu co chcę robić i jaką wybrać drogę żeby tam dojść. Raczej nie. Bez działania nie ma rezultatów. Jeśli teraz nie znajdę pracy, którą lubię to będzie mi coraz trudniej i po powrocie będę musiała zaczynac od nowa.
Działanie nie peplanie. To zawsze było moim hasłem przewodnim. Listopad był na odpoczynek, na fotografię, przemyślenia i przeprowadzkę. Oby dwa tygodnie grudnia jakie zostały do świąt były czasem na poważne działanie.
Urlopy to relaks i dodatkowa, bardzo mi ostatnio potrzebna porcja wolnego czasu. Co robi księżniczkowy umysł, kiedy przestaje się spinać i stresować codzienną bieganiną? Zaczyna tworzyć serię egzystencjalnych pytań strzelając nimi niczym z karabinu. Pociski trafiły w twardą powierzchnię zwaną zastojem, tworząc w niej dziury potrzebne do podjęcia kolejnych kroków. Przez zrelaksowane podziurawione myślami ciało zaczyna przechodzić świeża pachnąca słońcem energia. Pojawia się potrzeba weryfikacji kierunku w ktorym zmierzam. W obecnej chwili czuję, że zmierzam donikąd. Dotarło do mnie (pewnie nie po raz pierwszy i nie ostatni), że Azja to za mało.
Obecna praca mnie ogłupia, zapominam w niej co potrafię i na co mnie stać. Jest dobra dla studentów, który chcą nabrać doświadczenia i poczekać na rozprostowanie skrzydeł. Do tego brak jakiegokolwiek pomysłu na zarządzanie, brak zdroworozsądkowej strategii na prowadzenie kampanii strasznie mnie dobija. Nie znoszę braku informacji lub zmiany frontu raz na tydzień. Myślałam, że będę w stanie przetrwać dojazdy do pracy, jednak czym krótszy dzień tym mniej mam siły na spędzanie prawie czterech godzin dziennie w pociągu i na rowerze. Od połowy lipca nie zrobiłam nic żeby to zmienić. Zbierałam kasę na Azję, ale przecież wyjazd to nie wszystko. Czas się ruszyć i intensywnie szukać czegoś w Londynie i czegoś ciekawego. Poza tym, nawet jeśli zacisnęłabym zęby, odłożyła i pojechała w podróż to pojawia się pytanie czy to pomoże mi w odkryciu co chcę robić i jaką wybrać drogę żeby tam dojść. Raczej nie. Bez działania nie ma rezultatów. Jeśli teraz nie znajdę pracy, którą lubię to będzie mi coraz trudniej i po powrocie będę musiała zaczynac od nowa.
Działanie nie peplanie. To zawsze było moim hasłem przewodnim. Listopad był na odpoczynek, na fotografię, przemyślenia i przeprowadzkę. Oby dwa tygodnie grudnia jakie zostały do świąt były czasem na poważne działanie.
środa, 13 listopada 2013
Pecunia non olet
Taka oto sentencja została mi na pamiątkę po rocznej nauce łaciny. Łacina w drugiej klasie liceum, jako przedmiot dodatkowy, z nauczycielem, który nie miał czasu uczyć i wymagać gdyż zajmował się przeżuwaniem chipsów i snickersów. Nie mogłam zrozumieć po co poznawać martwy język i dziwiłam się, że zamiast uczyć się zwrotów typu „cześć, mam na imię...” przerabiamy czytanki o dziewczynie noszącej dzban z wodą. Kiedy przedmiot jest przedstawiony w nieinteresujący sposób a na dodatek sam w sobie jest mało przydatny efekty nauki można podsumować w maksymalnie pięciu zdaniach.
Nie miał to być post o łacinie a o pięniądzach, chociaż łacińskie zwroty pojawiły się przy okazji ;). Pieniądze jak wiadomo nie śmierdzą. Jak to możliwe? Pieniądz ulega rozkładowi, rozchodzi się na boki aby w końcu całkowicie zniknąć jednak zagadkowo na żadnym etapie procesu nie pojawia się smród ;) Pieniądze znikają nie wiadomo kiedy aby pojawić się u kogoś innego, niezmienna cyrkulacja, ciągły balans.
Na początku listopada zrobiłam kalkulację i przy optymistycznych założeniach (zanim pewne sytuacje przypomniały mi o niezmiennym prawie płynności pieniądza ;) ) doszłam do wniosku, że przez kolejne pół roku będę w stanie nazbierać na wyjazd do Azji. Kwiecień i maj w Azji, oto najnowsza wersja. Na cztery miesiące nie chcę jechać sama. Dwa miesiące powinny mi wystarczyć. Przy dobrych wiatrach gotówki zostanie mi jeszcze na szukanie pracy po powrocie.
Bilans musi się zgadzać, więc kiedy kupka z funtami rośnie polskie konto drastycznie się kurczy, na dodatek całkiem niepotrzebnie. Parę dni temu, po przeczytaniu smsa nawołującego do pilnego kontaktu z bankiem, weszłam na nigdy nie używane konto. Okazało się, że na karcie kredytowej powstało prawie trzysta złotych zadłużenia. Mniej więcej sto za pisemne upomnienia a reszta za automatyczne przedłużenie subskrycji na stronie internetowej. Jak doczytałam w warunkach korzystania (rychło w czas ;) ), nie wystarczy usunąć konta i swoich danych ze strony, trzeba jeszcze odhaczyć automatyczne odnowienie. Tym sposobem w sierpniu zostałam uszczęśliwiona prawem do korzystania z czegoś co nie jest mi potrzebne. Morał: czytaj dokładnie wszystkie punkty umowy, szczególnie na amerykańskich stronach oraz regularnie sprawdzaj stan konta, nawet jeśli myślisz, że nie dokonywałeś żadnych transakcji. Problem w tym, że nie bardzo mam czas na bawienie się w administrację. I tak na przykład w drugim tygodniu listopada przypomniało mi się, że przecież był poczatek miesiąca a ja nie zapewniłam środków na ratę kredytu mieszkaniowego. Kolejne zadłużenie i niepotrzebne opłaty.
Odkąd spędzam pół doby w pracy i na dojazdach jakość mojego zorganizowania i pilnowania spraw na bieżąco mocno spadła. W dwóch słowach: nie ogarniam ;)
Krótki update: Czas leci tak szybko, że nie wiadomo kiedy spedziłam cztery miesiące w pokoju u Irlandki. Na szczęście po poszukiwaniach, castingach i rozkminach w piątek przeprowadzam się do nowego mieszkania. W końcu udało mi się znaleźć przyzwoity pokój w świeżym mieszkaniu i w rozsądnej cenie. Bez pająków, zgnilizny, smrodu i sklejonej warstwy kurzu. Bałam się przeprowadzać, bo nigdy nie wiadomo jak będzie mi się mieszkało w nowym miejscu, ale duże okno i dostęp do światła przesądziły o wyborze. W Londynie ciężko o mieszkanie na trzecim piętrze z widokiem na park.
Jak obyczaj każe stary... zdjęcia opuszczanego pokoju:
już po zabraniu większości rzeczy
Nie miał to być post o łacinie a o pięniądzach, chociaż łacińskie zwroty pojawiły się przy okazji ;). Pieniądze jak wiadomo nie śmierdzą. Jak to możliwe? Pieniądz ulega rozkładowi, rozchodzi się na boki aby w końcu całkowicie zniknąć jednak zagadkowo na żadnym etapie procesu nie pojawia się smród ;) Pieniądze znikają nie wiadomo kiedy aby pojawić się u kogoś innego, niezmienna cyrkulacja, ciągły balans.
Na początku listopada zrobiłam kalkulację i przy optymistycznych założeniach (zanim pewne sytuacje przypomniały mi o niezmiennym prawie płynności pieniądza ;) ) doszłam do wniosku, że przez kolejne pół roku będę w stanie nazbierać na wyjazd do Azji. Kwiecień i maj w Azji, oto najnowsza wersja. Na cztery miesiące nie chcę jechać sama. Dwa miesiące powinny mi wystarczyć. Przy dobrych wiatrach gotówki zostanie mi jeszcze na szukanie pracy po powrocie.
Bilans musi się zgadzać, więc kiedy kupka z funtami rośnie polskie konto drastycznie się kurczy, na dodatek całkiem niepotrzebnie. Parę dni temu, po przeczytaniu smsa nawołującego do pilnego kontaktu z bankiem, weszłam na nigdy nie używane konto. Okazało się, że na karcie kredytowej powstało prawie trzysta złotych zadłużenia. Mniej więcej sto za pisemne upomnienia a reszta za automatyczne przedłużenie subskrycji na stronie internetowej. Jak doczytałam w warunkach korzystania (rychło w czas ;) ), nie wystarczy usunąć konta i swoich danych ze strony, trzeba jeszcze odhaczyć automatyczne odnowienie. Tym sposobem w sierpniu zostałam uszczęśliwiona prawem do korzystania z czegoś co nie jest mi potrzebne. Morał: czytaj dokładnie wszystkie punkty umowy, szczególnie na amerykańskich stronach oraz regularnie sprawdzaj stan konta, nawet jeśli myślisz, że nie dokonywałeś żadnych transakcji. Problem w tym, że nie bardzo mam czas na bawienie się w administrację. I tak na przykład w drugim tygodniu listopada przypomniało mi się, że przecież był poczatek miesiąca a ja nie zapewniłam środków na ratę kredytu mieszkaniowego. Kolejne zadłużenie i niepotrzebne opłaty.
Odkąd spędzam pół doby w pracy i na dojazdach jakość mojego zorganizowania i pilnowania spraw na bieżąco mocno spadła. W dwóch słowach: nie ogarniam ;)
Krótki update: Czas leci tak szybko, że nie wiadomo kiedy spedziłam cztery miesiące w pokoju u Irlandki. Na szczęście po poszukiwaniach, castingach i rozkminach w piątek przeprowadzam się do nowego mieszkania. W końcu udało mi się znaleźć przyzwoity pokój w świeżym mieszkaniu i w rozsądnej cenie. Bez pająków, zgnilizny, smrodu i sklejonej warstwy kurzu. Bałam się przeprowadzać, bo nigdy nie wiadomo jak będzie mi się mieszkało w nowym miejscu, ale duże okno i dostęp do światła przesądziły o wyborze. W Londynie ciężko o mieszkanie na trzecim piętrze z widokiem na park.
Jak obyczaj każe stary... zdjęcia opuszczanego pokoju:
już po zabraniu większości rzeczy
sobota, 26 października 2013
Be careful what you wish for czyli krótka opowieść wizjonerki ;)
Najczęściej piję kawę przed wyjściem z domu, mocne espresso z włoskiej moki, parę minut po szóstej rano. Czasami nie mam tej możliwości, więc w takie dni kupuję kawę na dworcu i zabieram do pociągu. Idąc na peron ze styropianowym kubkiem gorącej kawy w ręku, przypomina mi się moja romantyczna wizja dojazdów do pracy.Wizja z księżniczkowego świata, którą przez lata miałam w głowie. Chciałam być częścią tego wyobrażenia. Wstawać rano, kupować kawę i rogalika w przytulnej kawiarni, rozkładać się w pociągu i jechać do pracy. Wykokosić się wygodnie ubrana w biznesowy strój, w butach na obcasach, w eleganckim płaszczu. Ze ślicznej torebki wyciągnąć książkę albo moleskin i popijając kawę cieszyć się na myśl o nowym dniu. Od czasu do czasu wyglądać przez okno i oglądać piękne chmur, pastelowe niebo i różne odcienie drzew. Wizjonerka...
Mam pociąg do pociągów, od dzieciństwa kojarzyły mi się z przygodą i wywoływały ekscytację. (Mam nadzieję, że jeszcze o tym nie pisałam ;) ) Na początku były synonimem wyjazdu na wakacje i poznawania nowych miejsc. Na studiach, kiedy krążyłam między Szczecinem a uczelnią cel nie był już tajemnicą. Pociąg był drogą a droga sama w sobie jest fascynująca, więc mimo sporej częstotliwości podróże te nadal były powodem do radości. Może stąd moje marzenia o dojazdach do pracy, podsycone zapewne zbyt dużą ilością oglądanych filmów.
Jak wiadomo marzenia się spełniają, jednak nie zawsze w luksusowej wersji. Aby dojechać do dworca najpierw przez piętnaście minut pędzę rowerem. Lekko zziajana kupuję kawę za każdym razem myśląc, że powinnam zainwestować w kubek wielokrotnego użytku bo przecież szkoda marnować tyle styropianu, papieru i plastiku. Lekko rozmemłana siadam w tym samym co zwykle przedziale. Nie mam obcasów ani wspaniałej torebki (buty i torba dostosowane do jazdy rowerem), moleskin leży w pokoju, bo przecież byłoby za ciężko wozić go codzienne ze sobą. Ubranie z biznesowym ma niewiele wspólnego. Trzy pary spodni na zmianę a do tego jakaś bluzka - ważne żeby nie była pognieciona i w miarę dobrana kolorem. O koszuli, spódnicach, rajstopach nie ma mowy. (Jestem za bardzo zmęczona lub nie mam czasu aby o nich myśleć. Mogłabym oczywiście, ale wolę moją ograniczoną ilość wolnego czasu poświęcić na naukę.) Paznokcie nie pomalowane, makijaż zrobi się w biurowej toalecie. Są za to perfumy, książka, kawa a czasami nawet rogalik. Pastele za oknem są też.
Jak widzicie rzeczywistość odbiega trochę od marzeń co nie oznacza wcale, że jest mniej ekscytująca. Jestem zadowolona, lubię jechać rowerem przez puste ulice. Nadal czuję lekkie podniecenie kiedy rozkładam swoje rzeczy na siedzeniu w pociągu. Pociąg sam w sobie jest czysty, nowy i nieśmierdzący więc podróż upływa mi przyjemnie. Na dłuższą metę takie dojazdy są wykańczające. Zajmują najzwyczajniej za dużo czasu i jestem pewna, że gdyby nie moje wizjonersko optymistyczne podejście już dawno rzuciłabym wszystko w diabły ;)
Mam pociąg do pociągów, od dzieciństwa kojarzyły mi się z przygodą i wywoływały ekscytację. (Mam nadzieję, że jeszcze o tym nie pisałam ;) ) Na początku były synonimem wyjazdu na wakacje i poznawania nowych miejsc. Na studiach, kiedy krążyłam między Szczecinem a uczelnią cel nie był już tajemnicą. Pociąg był drogą a droga sama w sobie jest fascynująca, więc mimo sporej częstotliwości podróże te nadal były powodem do radości. Może stąd moje marzenia o dojazdach do pracy, podsycone zapewne zbyt dużą ilością oglądanych filmów.
Jak wiadomo marzenia się spełniają, jednak nie zawsze w luksusowej wersji. Aby dojechać do dworca najpierw przez piętnaście minut pędzę rowerem. Lekko zziajana kupuję kawę za każdym razem myśląc, że powinnam zainwestować w kubek wielokrotnego użytku bo przecież szkoda marnować tyle styropianu, papieru i plastiku. Lekko rozmemłana siadam w tym samym co zwykle przedziale. Nie mam obcasów ani wspaniałej torebki (buty i torba dostosowane do jazdy rowerem), moleskin leży w pokoju, bo przecież byłoby za ciężko wozić go codzienne ze sobą. Ubranie z biznesowym ma niewiele wspólnego. Trzy pary spodni na zmianę a do tego jakaś bluzka - ważne żeby nie była pognieciona i w miarę dobrana kolorem. O koszuli, spódnicach, rajstopach nie ma mowy. (Jestem za bardzo zmęczona lub nie mam czasu aby o nich myśleć. Mogłabym oczywiście, ale wolę moją ograniczoną ilość wolnego czasu poświęcić na naukę.) Paznokcie nie pomalowane, makijaż zrobi się w biurowej toalecie. Są za to perfumy, książka, kawa a czasami nawet rogalik. Pastele za oknem są też.
Jak widzicie rzeczywistość odbiega trochę od marzeń co nie oznacza wcale, że jest mniej ekscytująca. Jestem zadowolona, lubię jechać rowerem przez puste ulice. Nadal czuję lekkie podniecenie kiedy rozkładam swoje rzeczy na siedzeniu w pociągu. Pociąg sam w sobie jest czysty, nowy i nieśmierdzący więc podróż upływa mi przyjemnie. Na dłuższą metę takie dojazdy są wykańczające. Zajmują najzwyczajniej za dużo czasu i jestem pewna, że gdyby nie moje wizjonersko optymistyczne podejście już dawno rzuciłabym wszystko w diabły ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)