poniedziałek, 6 stycznia 2025

Królu złoty!

Dlaczego mamy dzień wolny na okoliczność święta Trzech Króli? Wydawało mi się, że to w ogóle nie ma sensu, że to zmarnowany dzień, bo po Bożym Narodzeniu i Sylwestrze ludzie i tak są spłukani i raczej nie wykorzystają wolnego sensownie, tylko przesiedzą w domu. Oczywiście, dla podróżniczki, spędzenie dnia wolnego w domu jest marnowaniem szansy na urlop i odskocznię od braku słońca. Przeczytałam, że Święto Trzech Króli było dniem ustawowo wolnym aż do 1960 roku, potem ówczesna władza postanowiła to zmienić. Nie pamiętam tych czasów, dlatego byłam mocno zdziwiona, gdy w 2011 roku ogłoszono, że mamy ponownie je obchodzić. Sądziłam, że z religijnego punktu widzenia Wielki Piątek postawiłabym wyżej w hierarchii. Okazuje się, że Trzech Króli kończy okres Bożego Narodzenia i jest w kościele ważnym dniem. Siedzę więc w domu pod kocykiem i wyjadam pierniki. Chciałam zabrać się za robotę i rozebrać w weekend choinkę, która chyli się ku upadkowi. To wcale nie jest przenośnia, pień był ścięty po skosie co sprawiło, że podstawa nie była stabilna. Któregoś dnia obudziliśmy się, a choinka zamiata podłogę. Ustawiliśmy ją do pionu lecz ona zdecydowanie preferuje w tym roku pozycję półleżącą i znowu się pokłada. To w sumie tak jak ja, od Świąt wyleguję się pod kocykiem i nie bardzo mam ochotę gdziekolwiek wychodzić. Wracając do Trzech Króli, to nawet Mąż uznał, że nie można rozebrać choinki przed tym dniem, bo wyczytał, że tak mówi tradycja. Trzymam się więc tradycji, zaparzyłam kubek gorącej herbaty i siup, powrót na sofę. 

Czasami, siedząc na kanapie odpowiednio długo, dochodzisz do momentu, kiedy "wyoglądasz" wszystkie filmy,  zaczynasz zasypiać nad książką, herbata wystygła a na kolejnego piernika nie masz ochoty. I jeśli przetrzymasz ten moment i dalej pozwolisz sobie na relaks wówczas, pojawiają się ciekawe myśli na różne tematy. Zaczęłam zastanawiać się nad rokiem, który tak leniwie się rozkręca. Zapytałam siebie, czego chciałabym w tym roku spróbować i czego się nauczyć, jaki chciałabym, aby był ten 2025.  Przyszła mi też taka myśl: gdyby to nam mieli przynieść dary to czego byśmy sobie życzyli?  Na pewno mamy na to odpowiedź z długą listą, różnych rzeczy. Ja nie pogardziłabym biletem do opery, nowym komputerem, albo domem nad oceanem, w którym spędzałabym z Mężem zimy. Takie przyziemne potrzeby :D 
A co, jeśli to my sami możemy sobie przynieść dary? Na plecach nie dałabym rady przenieść domu, nawet takiego z bambusa i trzciny, lecz ile jest darów, które sama sobie mogę podarować. Wyobraź sobie taką sytuację: jedziesz przez pustynię na wielbłądzie, szukasz kogoś, kto się urodził i ma przynieść nowe, oczekiwane, lepsze. Znajdujesz to miejsce, podchodzisz bliżej, zaglądasz przez okienko, a tam Ty sam. Ty sam jesteś tym nowym, wyczekiwanym, wyjątkowym. Jesteś lepszą wersją siebie. Przecież można by tak zinterpretować to święto. Jest nowy rok, nowe możliwości, i my w tym wszystkim nowi, z mocą zmian, z mocą podarowania sobie czegoś pięknego i nietypowego, z miłością i troską. I tak nowa wersja Ciebie siedzi i czeka na to co jej podarujesz. Jakie więc dary przyniesiesz sobie samemu w tym 2025 roku?

W jakim obszarze życia chcesz wprowadzić nową jakość? Może tym obszarem jest rodzina, może chcesz spędzać więcej wartościowego czasu, z osobą, którą kochasz, z najbliższymi, może przybliżyć relacje ze znajomymi? Tym obszarem może być Twoje samopoczucie, czy chcesz wprowadzić jakość do sposobu w jaki odpoczywasz? Czy faktycznie czujesz się wypoczęty, zrelaksowany, dotleniony? Czy poleciłbyś go osobie, na której Ci zależy? A obszar jakim jest Twoje ciało? Zastanawiałeś się nad tym, co właściwie jesz i co to znaczy dla Twojego ciała lub zdrowia? Poświęciłeś kiedykolwiek czas na zaobserwowanie jaki rodzaj jedzenia najbardziej Ci służy, po czym masz najwięcej energii i czujesz się lekko? Być może chcesz lepszej jakości w sposobie spędzania wolnego czasu lub tego jak pracujesz? Chcesz zdobywać nowe umiejętności, doświadczać, otaczać się pięknem albo na przykład bardziej efektywne pracować i mieć do pracy więcej dystansu? Obszarów i darów jest całe mnóstwo, chyba nieskończoność konfiguracji, dostosowane do konkretnej osoby i jej potrzeb.

Można te propozycje porównać do postanowień noworocznych, brzmią podobnie. Jednak postanowienia rzadko kiedy są skuteczne i nawet, jeśli uda się je wprowadzić w życie, zwykle szybko wracamy na stare tory. Są mało skuteczne, bo komfort starego i znanego jest zbyt przyjemny. Teoretycznie coś się nam nie podoba, ale mamy na co ponarzekać i możemy zrzucić winę na niesprzyjające okoliczności, pozostając w roli ofiary.
Natomiast to, o czym piszę, to nie postanowienia, jakieś tam słowa rzucone na wiatr, spisane w kalendarzu pierwszego stycznia. To, o czym piszę, jest darem. Wyjściowa pozycja jest zupełnie inna, możemy i decydujemy ofiarować sobie prezent, z troski, z uważności, z miłości do nas samych, do naszego życia. Nie musimy, bo bez tego też jest ok, lecz chcemy. Chcielibyśmy otrzymać taki wyjątkowy prezent od kogoś, chcielibyśmy, żeby ktoś się nami zaopiekował, zajął. A przecież tym kimś powinniśmy być my sami. Jeśli sami nie jesteśmy w stanie podarować sobie chociaż trochę czasu, uwagi, troski, która poprawi jakość naszego życia, to nie oczekujmy, że trzech króli zrobi to za nas. (I nie chodzi o to, że ktoś, jakiś król, nie chce nam tego dać. Jest duże prawdopodobieństwo, że chce i zapewne by dał. Problem w tym, że skoro Ty sobie nie dajesz, to nie umiesz przyjąć daru, nie jesteś gotowy na takie dobroci.) 
Ty jesteś swoim królem, możesz przynieść sobie najpiękniejszy prezent, dar jakim jest moc sprawcza. Możesz wypełnić swoje życie nową jakością, choćby było to na początek coś tak małego, jak dziesięć minut w ciszy czy pięć minut tańca przy ulubionej piosence. Cokolwiek, drobnostka, który sprawi, że poczujesz się przyjemnie bo będzie to specjalny dar od Ciebie dla Ciebie. Nieśmy sobie dary, dzisiaj, jutro, przez cały ten rok!




róże
W tym roku, chcę mieć jeszcze więcej kwiatów wokół siebie.







wtorek, 31 grudnia 2024

Na odchodne

 Zanim się dobrze obejrzeliśmy minął nam rok 2024. Zaraz strzelać będą korki od szampana, zaszeleszczą tiulowe sukienki, zastukają kieliszki. Fajerwerki pewnie nie wystrzelą, bo fajerwerków już puszczać nie wypada. W tych czasach dbamy bardziej o zwierzęta niż o ludzi, o nasze psy niż dzieci. Idąc w tym kierunku za parę lat korek od szampana też będzie zakazany - bo hałasuje. Hałasu faktycznie nie znoszę, natomiast fajerwerki uwielbiam, szampana też bardzo lubię. Uważam, że dbałość o dobrostan zwierząt można by było rozwiązać w inny sposób, na przykład eliminując tzw. bomby i korsarze a pozbawiać nas przyjemności oglądania rozświetlonego nieba.  Szkoda mi, że chociaż raz w roku nie można zobaczyć porządnego pokazu. Jednocześnie zastanawiam się, kto stanie w naszej obronie i zadba o wyciszenie świata. Nikt nie broni ludzi przed hałasem, który nas ciągle otacza. Przed muzyką i reklamami puszczanymi na cały regulator ze sklepowych głośników, przed piszczeniem kas, lodówek i mikrofali na stacjach benzynowych. Nikt nas nie chroni przed dźwiękami wydawanymi kilkukrotnie przez sprzęty domowe, przez taką pralkę, która daje trzykrotnie znać, że skończyła miętolić galoty. Czy oczekuje, że od razu pobiegnę i ją pochwalę jak dobrze się spisała? Nikt nie chroni nas przed reklamami, które specjalnie są puszczane głośniej, na wypadek gdybyś zapomniał, że od dziesięciu lat na czyszczenie uszu, polecają niezmiennie akustone. Nikt nie chroni nas, ani naszych dzieci, przed zbyt głośno oglądanym filmem czy bajką, zwłaszcza w kinie. Nie mówiąc już o tym, że gdy mieszkasz w bloku to nikt nie chroni przed trzaskającymi drzwiami, dzwiękami wentylatorów, wody spuszczanej u sąsiada a nawet reklamy akustone, która właśnie wyświetlana jest na jego telewizorze. Te przykłady można by mnożyć, tym, którzy mają większą wrażliwość pozostaje próba ochrony na własną rękę. Z mojej obserwacji wynika, że większość ma to w nosie, więc chyba tylko ja mam problem. Może Ci ludzie mają łatwość wyłączania tego co w tle, a może nie łączą kropek i nie widzą, że taki hałas jest źródłem poddenerwowania i stresu. Nie wiadomo. 

Ten post wcale nie miał być o hałasach a o kończącym się roku. Nie miał być też długi, bo gdy szykować trzeba kreację lub coś do jedzenia, czasu na czytanie brak. 
W tym poście chcę zadać Wam, drodzy czytelnicy, pytanie o odchodzący 2024. Jak go oceniacie? Czy był to rok dobry i godny zapamiętania, czy chcecie o nim jak najszybciej zapomnieć?  Czy ten rok był dla Was łaskawy? A czy Wy sami byliście łaskawi dla siebie i swego otoczenia? Czy wystarczająco dbaliście o swoje dobre samopoczucie, znajdowaliście czas na odpoczynek i sprawianie sobie radości? Pewnie pamiętacie, że dbanie zaczyna się od siebie, lecz jak to Wam wychodzi w praktyce? 

Z czego jesteście dumni w tym kończącym się roku, co udało Wam się osiągnąć? Czym możecie się pochwalić, chociażby sami przed sobą? A co zrobiliście pierwszy raz w życiu? 

Lubię robić sobie takie podsumowania szczególnie wtedy, gdy nie wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy wydaje mi się, że mogłam zrobić więcej, bardziej się postarać czy włożyć więcej wysiłku. Rokrocznie tworzę listę, żeby docenić to co przyszło, co się udało, jakie umiejętności zdobyłam lub życiowe lekcje odrobiłam. Bo planować możemy dużo a wszechświat ma być może inną dla nas drogę, więc nie jest ważne jeśli coś się nie udało, ważne, że działaliśmy. Fajnie jest spojrzeć na miniony czas i wydarzenia z dystansem i podziękować za to co było, w takiej formie w jakiej to otrzymaliśmy, nie w tej idealnej czy zaplanowanej
. Napełnić się energią wdzięczności, aby w kolejnym roku przyciągnąć jeszcze coś lepszego.

Nie będę tu dzielić się wszystkim co 2024 rok przyniósł, bo zastałaby mnie północ. Mogę napisać o kilku moich pierwszych razach: pierwszy raz zrobiłam uszka i pierogi, upiekłam tort i wygrałam konkurs na reportaż. Pierwszy raz moje prace wisiały na wystawienie. Pierwszy raz byłam w Lublinie i Rzeszowie a przede wszystkim w Dzikowcu, skąd pochodzi moja babcia. Pierwszy raz dowiedziałam się tak dużo o moich przodkach, to było cenne doświadczenie.
Dobry to był rok, spokojniejszy niż poprzednie lecz obfitujący w wiele podróży wgłąb siebie, w rozwój osobisty, w rozwój naszego domu i naszej przestrzeni.

Czy żegnacie ten stary już rok z poczuciem zadowolenia i spełnienia? Mam nadzieję, że tak! Oby kolejny był równie dobry a nawet lepszy.


Szampańskiej zabawy i do siego roku!


Szczęśliwego Nowego Roku!
Wystrzałowej zabawy!


sobota, 14 grudnia 2024

Makramy wracają do łask - reportaż o warsztatach z wyplatania sznurkiem.

Krótko przed Mikołajkami, 4 grudnia 2024 spotyka się sześć kobiet, których z pozoru nic nie łączy. Jedne są ciut starsze, z bogatym doświadczeniem życiowym, drugie zupełnie młode wkraczające dopiero w dorosłość. Kilka z nich pracuje na etacie a kilka tworzy z powodzeniem własne firmy. Wspaniałe, pogodne kobiety zebrały się razem na zaproszenie jednej z nich w Drawsku Pomorskim, aby nauczyć się wyplatać makramę. Makrama to sztuka wiązania sznurków za pomocą samych dłoni, bez użycia igieł, drutów lub szydełka. Jak się okazuje technika ta znana jest od starożytności a obecnie uznawana jest za jedną z form rękodzieła.

Inicjatorką wydarzenia jest Marzena, miłośniczka rękodzieła. Jej piękne prace, m.in starannie wykonane lalki waldorfskie, czy obłędne, unikatowe można podziwiać na profilu fejsbukowym MarzalkaDolls oraz Michalina.makrama. Dzisiaj zaprosiła nas, aby podzielić się jedną z pasji tj. wyplataniem makramy. Marzena lubi inspirować innych, stad pomysł dzielenia się wiedzą i doświadczeniem podczas warsztatów. Jak słusznie zauważa: "To też doskonała okazja do kobiecych spotkań." Nie sposób się nie zgodzić. Wszystkie czekamy z ekscytacją na pierwsze instrukcje.


Praca Marzeny wykonana kilka lat temu.


Marzena wspomina na wstępie, że jej przygoda z makramą zaczęła się sześć lat temu a następnie opowiada jakie niezwykłe rzeczy można wykonać tą techniką. Objaśnia nam rodzaje sznurka i sugeruje, z których firm najlepiej zamawiać materiały. Z uczestniczkami spotkania wybieramy odpowiadający nam kolor, odmierzamy odpowiedniej długości kawałki, a następnie, z pociętym sznurkiem w ręku, podchodzimy do przygotowanych stanowisk pracy.

Pytam Marzenę, jak zaczęła się jej fascynacja sznurkami:
- "Wszystko ma swój odpowiedni czas i miejsce. Sznurki pojawiły się w moim życiu w trudnym dla mnie czasie zawodowych rewolucji. To był czas, kiedy szukałam odpowiedzi u innych o tym kim jestem i jaką mam wartość. Wyplatanie makram czy firan było jak terapia i medytacja w jednym. Koncentrowałam uwagę na splotach, ćwiczyłam ręce, aby każde kolejne węzełki były coraz ładniejsze. A w głowie zaczynał panować spokój, pojawiały się pytania i rodziły odpowiedzi."

Następnie Marzena uczy nas pierwszego splotu a my ruszamy do robienia początkowych supełków. Część z nas miała okazję uczestniczyć w poprzednich warsztatach, niektóre panie próbowały nawet swoich sił w domu. Ja mam do czynienia z makramą po raz pierwszy, więc chętnie podpatruję inne kobiety. Praca postępuje, koncentrujemy się na swoich splotach, a w pokoju robi się cicho. Mamy szansę przekonać się o tym, o czym przed chwilą mówiła Marzena. Tworzenie makramy to rzeczywiście forma medytacji. Z każdym supełkiem przychodzi coraz większe wyciszenie i oderwanie od codziennych zmartwień.

Nasza instruktorka pokazuje, jak zrobić kolejny splot, aby utworzyć oczekiwany wzór makramy. Wykorzystujemy kilka minut na wypicie gorącej kawy, herbaty i działamy dalej. Na drewnianych podstawach widać zarys prac wypełniających przestrzeń. I to właśnie przestrzeń lubi Marzena w sznurkach najbardziej. "Duże zasłony, kotary, firany, zazdrostki - to w tym czuję się, jak ryba w wodzie."

Makrama
Pierwsze sploty za nami.

Zachęca nas do próbowania różnych metod, do robienia wiązań w domu, czerpania inspiracji na warsztatach i w Internecie, ale tworzenia według własnego pomysłu. Dodaje, że w wyplataniu makram "jedyne, co nas ogranicza, to wyobraźnia". Dzieli się z nami spostrzeżeniami na temat pracy:
- "Moja fantazja wynosi mnie poza znane formy. Dlatego też nie mogłam pracować w utartych schematach, dzień w dzień odwzorowywać to samo w kółko. We wszystkim, co robię, szukam jednego: by ożywić to, co nieożywione, nadać sens każdemu dniu i każdej chwili."
Tę pasję i sens czuć w sposobie przekazywania wiedzy, w przygotowaniu miejsca pod warsztaty, w dbałości o szczegóły. W tle leci świąteczna muzyka, wokół pachnie ciastem drożdżowym i gałązkami świerku, umieszczonymi w wazonach, palą się świeczki. Proste, lecz kreatywne i piękne rozwiązania. W przerwie na smakołyki gospodyni dodaje: "Kreacja to moje drugie imię. Lubię organizować przestrzeń, dekorować, meblować i stylizować". Takie spotkanie jest idealną okazją do wprowadzenia się w nastrój nadchodzących wielkimi krokami świąt Bożego Narodzenia. Jesteśmy w dobrych rękach - Marzena wie, jak stworzyć przyjemną atmosferę.

Czas mija szybko, Marzena instruuje co robić w kolejnych krokach. Daje nam wskazówki zdobyte podczas wielu lat wyplatania sznurkiem. Powoli odczuwamy zmęczenie. Mięśnie rąk dają o sobie znać. Niektóre z nas potrzebują usiąść, by dać odpocząć nogom lub plecom. Nauczycielka mówi o podstawowych zasadach BHP. Wspomina m.in o tym, że w zależności od rodzaju sznurka wielogodzinne wyplatanie może nawet poparzyć dłonie.
Na razie gorące mamy tylko policzki. Z emocji i zapału robi nam się ciepło. Cieszymy się z efektów. Od czasu do czasu słychać słowa frustracji, gdy nie od razu udaje się zadany sposób wiązania. Organizatorka pociesza w takich momentach, mówiąc, że to całkiem normalne. Nie zawsze wszystkie sploty wyjdą idealnie, ważne, żeby czerpać radość z procesu.
Rozmawiamy o tym, jak przyjemne jest to zajęcie - wyplatanie i zapomnienie się w działaniu. Marzena dzieli się z nami jeszcze jedną uwagą, filozofią, według której działa nie tylko podczas kreowania:
- "Staram się cieszyć z najmniejszej rzeczy, choć wiem, że to trudne. Ten, kto nie cieszy się z małych rzeczy, nie będzie się umiał cieszyć i z wielkich."
 
Makrama
Kolejny etap.

Pod koniec pojawia się temat powrotu do rękodzieła, do makram. Przypominamy sobie, jak kilka dekad temu makramy były bardzo popularnym zjawiskiem. Wypełniały wiele ogólnodostępnych przestrzeni. Ludzie musieli w tamtych czasach umieć tworzyć coś z niczego. Nie było wtedy tych wszystkich sklepów, materiałów, nie było kolorów. Był to bardzo dobry czas na kreatywność. Wyobraźnia używana była często i przez wielu. Później nastąpił czas otwarcia się na nowe – czas próbowania tego, czego przez lata brakowało. Nowe było świetne, ekscytujące, każdy dążył do posiadania nowego, by wynagrodzić sobie lata szarości. Rozbiegliśmy się wszyscy w wyścigu po to nowe, a o starym nikt nie chciał pamiętać, bo i po co. Rękodzieło kojarzyło się z Cepelią, zdecydowanie trąciło myszką.

Zadaję na głos pytanie: „Jak to się stało, że makramy wróciły?”. Jedna z nas słusznie zauważyła, że ludzie zaczynają zwalniać. Po latach biegu potrzebują zatrzymać się i odpocząć. Tak jak wcześniej wspomniałyśmy, plecenie ze sznurka, szydełkowanie czy inne formy rękodzieła sprawiają, że nasz umysł wraca do „tu i teraz” i koncentruje się tylko na bieżącej czynności. To idealny sposób na przystopowanie, na przebodźcowanie, z którym mamy do czynienia w ostatnich latach. Od jakiegoś czasu zaobserwować można wzrost oferty związanej z rękodziełem. Organizowane są warsztaty, spotkania, wydarzenia - każdy może znaleźć coś dla siebie. Jest coraz więcej twórców i osób, które chcą się uczyć. Coraz bardziej doceniamy to, co unikatowe, piękne, co zostało wykonane z pasji i pracy rąk, a nie wyszło z fabrycznej taśmy w tysiącach egzemplarzy.

Dzięki osobom takim jak Marzena mamy szansę nauczyć się czegoś nowego, spotkać w przyjemnej atmosferze, poznać nowe osoby, a być może odkryć nową pasję.

Dzień dobiega końca, tak jak i nasze spotkanie. Marzena pomaga docinać sznurki, robi zawieszki i dziękuje nam za wspólnie spędzony czas. My również serdecznie dziękujemy i wychodzimy lekko zmęczone, lecz bardzo zadowolone i dumne z wykonanych prac. W domu wystarczy wyprasować wiszące sznurki, wbić gwoździk, a makrama będzie ozdabiać nasze pomieszczenia lub przestrzeń osób obdarowanych.

Makrama
Po kilku godzinach pracy moja pierwsza makrama gotowa.

Makrama
Doświadczone dziewczyny zrobiły trudniejsze choinki.


makrama
Makrama stworzona przez Marzenę.






poniedziałek, 9 grudnia 2024

Tornado


Jak zwykle mnóstwo się dzieje! Te ostatnie dwa tygodnie były jak przejście tornada, które wciąga w wir zadań i nie pozwala się wydostać. Codziennie było coś do zrobienia: wyjazd do Szczecina, goście, warsztaty, fryzjer, zajęcia z malarstwa, a dodatkowo mega sympatyczne spotkanie opłatkowe organizowane przez panią sołtys. Ogrom atrakcji i wrażeń! Po drodze znalazłam konkurs na reportaż i właśnie jestem w trakcie pisania na temat warsztatów, w których uczestniczyłam. Nie chciałam robić tu kolejnej przerwy dlatego w międzyczasie postanowiłam podzielić się krótkim postem.
W tym całym zawirowaniu największą frajdą i atrakcją jest nowy mieszkaniec ulicy Polnej – nasz nowy domownik. Znalazłam w internecie ogłoszenie, że do oddania jest dwumiesięczny szczeniak, prosto od matki. Tak nam wpadł w oko, że postanowiliśmy z Mężem go wziąć. Już od dawna rozmawialiśmy o psie, Mężowi zależało, żeby go mieć. Ja byłam czasami na tak, czasami na nie, czasami myślałam bardziej o kocie. Co kilka miesięcy, po tych naszych rozmowach, z ciekawości przeglądałam ogłoszenia, lecz nigdy nie było pociągnięcia tematu. Aż jakimś trafem, niespodziewanie tak jak mają w zwyczaju pojawiać się tornada, trafił się ten psiak. Pierwszego grudnia pojechaliśmy do Torunia i przywieźliśmy pieska, odmieniając całkiem dynamikę naszego domostwa. Na razie, głównie przez dodatkowe aktywności w kalendarzu, ten pierwszy tydzień był sporym wyzwaniem. Wszystko ładnie posprzątane w domu, już pod kątem świąt, a tu wpada ten stworek i robi demolkę. Gryzie liście, zostawia ślady tam, gdzie mu się podoba, łącznie z czystą szybą, po dwóch dniach wskakuje już na sofę, gryzie kapcie, skarpetki i stopy. Nasze rytuały poszły w odstawkę, zwłaszcza moje poranne, spokojne picie kawy z książką w ręku. Pierwszą czynnością po wstaniu jest teraz obsługa psiaka. W pewnym momencie nawet zwątpiłam, czy to był dobry pomysł, że dobrowolnie do poukładanego życia dołożyliśmy sobie takiego kreatora chaosu. Oczywiście była to tylko chwilowa myśl, bo nasz Yogi szybko się uczy i z każdym dniem jest coraz grzeczniejszy, a my zaprzyjaźniamy się z nim a przy okazji z mopem.
Pomijając te tymczasowe zawirowania i konieczność tworzenia nowego planu (zbytnia rutyna rozleniwia, więc dobrze, gdy pojawia się przyczyna do zmian) obydwoje cieszymy się z naszego nowego domownika. We troje jest jeszcze bardziej wesoło.


szczeniak
Yogi


sobota, 30 listopada 2024

Filozoficzne rozważania jesienne na temat sensu życia.

Dzisiaj trochę na temat sensu życia. Wielu go poszukuje, a nieliczni odnaleźli. Są ludzie, którzy nie zagłębiają się w filozofowanie, oraz tacy, którzy nieustannie rozmyślają nad tym, po co tu jesteśmy i jaki to wszystko ma sens. Ci pierwsi dryfują przez życie: od pracy do domu, od poranka do nocy, adaptują się do warunków i tak sobie żyją. Jakby trochę zaprogramowani, lecz z pewnością zadowoleni, bo podobno im mniej człowiek analizuje, tym jest szczęśliwszy. Drudzy też żyją od poranka do nocy, przecież dobę każdy ma taką samą, lecz pomiędzy tym ciągle filozofują, szukają wytłumaczenia na to, co się wydarza, zastanawiają się, po co to wszystko, czemu tu jesteśmy, czemu ma to służyć. Czasami szukają szczęścia i sensu na zewnątrz, wypróbowując różne sposoby na poczucie szczęścia albo po prostu znajdują sobie jakąś odskocznię, która dostarcza im emocji i zagłusza egzystencjalne pytania. Innym razem decydują się na szukanie wewnątrz siebie. Nie ma jednej słusznej drogi – ile osób, tyle potrzeb i jeszcze więcej rozwiązań.

Ja raczej należałam do grupy analizującej. Zadawałam sobie wiele pytań, by nadać znaczenie i sens temu, co mnie spotyka. Zastanawiałam się często i gęsto, czemu coś się wydarzyło albo jak to zrobić, żeby odnaleźć szczęście. Teraz już mi przeszło i nie analizuję tak dużo jak wcześniej. Zaryzykuję i napiszę, że prawie porzuciłam analizowanie. Nie szukam już odpowiedzi na pytania: „Po co mi się to przydarzyło? Czemu mnie to spotkało?” Jeszcze niekiedy przyjdą mi one do głowy, staram się wówczas nie przechwytywać takiej myśli, a puścić ją wolno, bez rozkminiania. Fakt, że mam wspaniałe życie  i raczej mało przytrafia mi się historii, w których te pytania byłyby uzasadnione, no ale wiadomo, od czasu do czasu wszyscy się z czymś borykamy. Ciężko nawet stwierdzić skąd taka zmiana, podejrzewam, że to dzięki stabilizacji jaka nastała w moim życiu a może to kwestia zaufania, że cokolwiek się wydarza jest na moją korzyść. Na tym etapie skłonna jestem zaakceptować stwierdzenie, że w życiu nie ma jakiejś specjalnej filozofii, nie ma wyższego celu, jakim jest, dajmy na to, pójście do nieba. Nie neguję tego, po prostu przestałam się nad tym zastanawiać. Uznaję, że życie po prostu jest naszym udziałem, tyle lub aż tyle. Prawda jest taka, że sensu życia nikt w sposób niepodważalny i jedyny słuszny nie odnalazł. Każdy sam ma za zadanie odnaleźć swój własny sens istnienia, jeśli oczywiście ma taką potrzebę. 


Nawłoć
Brązowe nawłocie na tle błękitnego nieba.

Skoro życie nie ma specjalnej filozofii to co tu ze sobą robić? Jak żyć tak bez sensu? Czy można w ogóle być szczęśliwym niezależnie od powodu naszej egzystencji na Ziemi? Na te i inne pytania nikt wam nie odpowie, moi mili :D W poszukiwaniu szczęścia w tym bezsensie można podróżować, odkrywać, doświadczać coraz to nowych rzeczy, można też zwyczajnie siedzieć na ławce i obserwować niebo lub wykonywać swoje proste powtarzające się zadania. Każda z tych ścieżek jest życiem, jest pięknem, jest sensowna. Niejednokrotnie tego nie dostrzegamy, porównujemy się do znajomych, rówieśników, sąsiadów lub,  co gorsza przypadkowych ludzi z  mediów. I tak patrzymy na życie innych, myślimy być może, że nasze jest jakieś szare, lub nawet kolorowe ale bez fajerwerków, jakieś takie zwyczajne, bez wzniosłych ochów i achów. I zaczynamy szukać czegoś więcej, rozglądać się, podglądać czyjeś marzenia, i znowu wraca pytanie o głębszy sens, o jakiś sekret życia, zaczyna się szukanie czegoś więcej.

Z moich obserwacji, a raczej, z mojego doświadczenia wynika, że nie znajdziemy ani głębszego sensu ani długotrwałego szczęścia, jeśli nie zaczniemy od siebie. Od siebie, czyli od sposobu, w jaki postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość, od okularów, jakie nosimy na codzień. Niezależnie od tego, czy masz plusy, czy minusy, możesz dokonać wyboru i włożyć na nos okulary uważności i wdzięczności. Według mnie szczęście i sens życia to dostrzeganie tego, co wokół nas, przez pryzmat wdzięczności. To docenianie piękna i wyjątkowości w codzienności, to czerpanie radości z bieżącej chwili, zatrzymanie się w uważności. Aktualną codziennością może być kilkudniowa wyprawa górska w odległym Nepalu lub sadzenie cebul tulipanów w przydomowym ogródku. Niezależnie od tego, jak wygląda na danym etapie nasza rzeczywistość, nie odczujemy szczęścia, jeśli nie docenimy tego co właśnie mamy i czego doświadczamy. Bo co nam z tego, że wspinamy się na szczyt, zdobywając swój upragniony cel, a myślami jesteśmy już przy planowaniu następnego, zamiast czerpać radość z drogi? Co nam z ogrodu jeśli narzekamy, że trzeba pielić chwasty, albo myślami jesteśmy na plaży z palmami. Nigdy nie jesteśmy w danej, bieżącej chwili lecz gdzieś tam, kiedyś, gdzie będzie lepiej, piękniej czy bardziej bogato. Piszę to jako osoba, która doświadczyła i jednego, i drugiego, jako ktoś, kto kocha podróże i odwiedził wiele miejsc, lecz potrafi też cieszyć się z lata spędzonego na miejscu,w domu, na wsi. Jako osoba, która wszystkie pieniądze mogła wydawać na wyjazdy i jako ta, która, liczyła pieniądze, żeby dotrwać do końca miesiąca. W każdej tych sytuacji szukam tego co dobre i tego co piękne.

Doceniając to, co jest teraz, poczujemy radość i zadowolenie. Chodzi po prostu o wdzięczność - tak mało, a tak dużo jednocześnie. Wdzięczność za drobne i oczywiste rzeczy, za to, co jest naszym udziałem w danej chwili, nie wczoraj albo jutro.
Robię listy wdzięczności od wielu lat, jednak dzięki wyprowadzce na wieś, pierwszemu roku w spartańskich warunkach, jeszcze bardziej doceniam to, co obecnie mam. Chociażby sprzęty domowe - nową pralkę, zmywarkę, lodówkę, podręczny odkurzacz. Możliwość kąpieli pod prysznicem, ciepło i przyjemny zapach w domu. Co? Być wdzięcznym za takie oczywistości, w czasach powszechnego dobrobytu? Dokładnie tak. Doceniając to, co mamy teraz, to co wokół, wywołujemy w sobie uczucie szczęścia i zadowolenia. A z tym uczuciem otwieramy się na coraz więcej szczęścia. Nie możesz dostać pałacu, jeśli nie jesteś wdzięczny za to, że teraz masz dach nad głową. Nawet gdybyś pałac dostał, to nic by się nie zmieniło, bo z pustką w środku, z brakiem wdzięczności, nie docenisz tego co otrzymałeś, zaczniesz narzekać, że korytarze są za długie i trzeba dużo chodzić, że drewniany parkiet skrzypi, że przestrzeń wolno się nagrzewa itd. Życie z okularami wdzięczności jest o wiele bardziej satysfakcjonujące, warto włożyć je na nos i zobaczyć piękno w tym, co na dany moment dostajemy. W okularach wszystko nabiera większego sensu, a my stajemy się gotowi na pałace. 

wtorek, 12 listopada 2024

Porządki w domu i w głowie lub otwieram sezon świąteczny.

Za oknem listopadowa szarówka, ciężko uświadczyć odrobinę słońca a temperatury lecą w dół niczym ostatnie pożółkłe liście na wietrze. Nawet jeśli zdaży się słoneczny dzień, to po zmianie czasu człowiek pracujący 8h ma małe szanse na załapanie się na zastrzyk endorfiny jakie daje wystawienie twarzy na promienie. Ta bezlistna zgnilizna wpływa na mnie lekko depresyjnie. Marzy mi się wyskok w ciepłe kraje, lecz z końcem roku zarówno pieniądze jak i urlop kurczą się proporcjonalnie do długości dnia, więc wyjazdu nie będzie. Szukam alternatyw na miejscu, w tym roku nawet wcześniej niż zwykle. Taką odskocznią zamiast ciepłego kraju jest dla mnie przekierowanie myśli w stronę Bożego Narodzenia. Aby oderwać się od ponurego nastroju rozpoczęłam już planowanie świąt, bo nic tak nie uwalnia głowy jak plan i działanie.


W tamtym roku postanowiłam, że w Wigilię będę już miała wszystko gotowe i nic poza przygotowaniem stołu nie będę robić, obalę nawet tradycję ubierania choinki w ten dzień i zrobię to wcześniej. Udało mi się to zrealizować i pamiętam, że sąsiadka powiedziała wtedy "spełniłaś marzenie wielu kobiet". Można to nazwać marzeniem, można planem, jednak niezależnie od etykiety, przy odrobinie dobrej organizacji można taki cel łatwo osiągnąć. W tym roku planuję jeszcze bardziej się postarać i wszystko posprzątać tak jak należy, bez pójścia na skróty. Później będzie tak przyjemnie siedzieć w pachnącym, lśniącym i ładnie przystrojonym domu. I nie, nie będę tego wszystkiego robiła z poziomu kury domowej, udręczonej kobiety, która cały dom ma na głowie, kobiety uciśnionej, przykutej do kuchni łańcuchem. (Kto czytał poprzednie wpisy ten wie, uważam w uproszczeniu, że nasza kobieca wolność zaczyna się w głowie a nie w jakiś narzuconych stereotypach). Nie będę tego robiła dla innych, czy z poczucia obowiązku lub "bo tak wypada" czy "co ludzie powiedzą" (ulubione powiedzonko mojej babci ;)). Nigdy nie robię takich rzeczy z poczucia obowiązku czy z tradycji a dlatego, że chcę. Jeśli mi się nie chciało to nie robiłam, bo nic na siłę. 

No właśnie, nic na siłę jest ok, ale przeczytałam kiedyś, a później zaobserwowałam na sobie, że jeśli się postaramy, wysilimy i zrobimy coś z chęcią i radością to nagroda jest warta zachodu. W ostatnich latach lansuje się filozofię, że nic nie musisz. I faktycznie sam pomysł jest słuszny, bo przecież mamy wolność wyboru i nikt nie stoi nad nami z batem. Nawet jeśli tym batem są społeczne wzorce to nie musimy ich przestrzegać i np. myć okien bo tak wypada. Uważam jednak, że w odbiorze tego przesłania doszło do nadinterpretacji i popadnięcia w skrajność jaką jest niechlujstwo czy leniswto. Co mam na myśli?  Podam prosty przykład ubioru. Dawniej bardzo dużą wagę przywiązywało się do strojów, dopasowania kolorów i faktur, do szczegółów. Pastowało się buty, prasowało ubranie, przyszywało się zwisające guziki, stroje razem z dodatkami, fryzurą i makijażem (a u panów z ogoloną brodą) tworzyły estetyczną całość. Dbało się o wygląd, bo był on wizytówką człowieka. Później nastało rozluźnienie zasad, przełamywanie schematów a na koniec wielki powrót miały leginsy i dresiwo, by zagościć w modzie nie tylko jako strój sportowy czy "podomka" a stała część ulicznego stroju. Gdzieś po drodze, chyba razem z pandemią, zapomniało się o prasowaniu, malowaniu, przyszło takie rozmemłanie i brak dbałości o wygląd. Ktoś może powiedzieć, że to ok, że w niczym nie przeszkadza, bo przynajmniej nie patrzymy już na innych i nie oceniamy, bo jest wolność i każdy ma prawo wyglądać tak jak chce. No pewnie, że ma prawo (chociaż ludzie zawsze oceniają i będą oceniać, zwłaszcza, Ci, którzy nie mają lepszych zajęć). Jednak czy tak bardzo się luzując nie popadamy w marazm i ogólny "tumiwisizm"? Widać to zwłaszcza w małych miasteczkach Anglii, gdzie otaczają Cię przeważnie ludzie ubrani w dresy i piżamy, rozczochrani i poplamieni. Przebywając wśród tej brzydoty tracisz jakąś motywację, chęć żeby o siebie zadbać. Bo skoro każdy chodzi tak jak chce to przecież ja też mogę wyjść w podomce. Pracując z domu też przestałam prasować i się malować. Dopiero niedawno mnie tknęło, że lepiej będę się czuła w wyprasowanej bluzie i w makijażu, mimo, że siedzę w domu. Dotarło też do mnie, że skoro oczekuję od życia tego co najlepsze to nie powinnam chodzić jak lump w jakiejś starej poplamionej bluzie. To temat na inny post, jednak warto się postarać i wyglądać fajnie nawet w domu, bo to wpływa na samopoczucie, a jeśli czujemy się dobrze to i dobre rzeczy do życia zapraszamy. Ryzyko wpadnięcia w kanał nicnierobienia dotyczy każdej dziedziny, ubiór był jedynie dosyć obrazowym przykładem. Dobrze jest się przyjrzeć, w którą stronę poszła nasza interpretacja filozofii "nic nie muszę". Brak podejmowania wysiłku i stawiania sobie chociażby małych wyzwań przynosi w dłuższej perspektywie rozleniwienie, uczucie zawieszenia i sprawia, że jesteśmy zdupiesiali bo nic nam się nie chce. Działanie, prowadzące do przyjemnych rzeczy nakręca nas pozytywnie do kolejnych wyzwań. Ludzie to takie automatyczne zegarki, które w ruchu dostają nowej energii i napędzają do dalszego działania, dlatego warto się mobilizować nawet do drobnych kroczków. Skoro mamy wolność i nic nie musimy to wybierzmy opcję "nic nie muszę, ale chcę i to zrobię bo mi zależy". 

Tak jak pisałam, mi też nie zawsze się chciało. Nie chciało mi się prasować, ładnie ubierać, odkurzać i sprzątać. Nigdy nie miałam strasznego bałaganu, ale ciągle odwlekałam sprzątanie bo nie miałam motywacji. Zaczęłam jednak spotykać na swojej drodze zadbane kobiety (i czasami panów), ludzi, którzy mają zawsze błysk w domu a nawet takie dziewczyny, które uwielbiają myć okna (pozdrowienia dla Agi :D). Ok, czasami faktycznie nie wystarcza siły ani czasu. To jest jak najbardziej zrozumiałe i w takim życiowym niedoczasie trzeba dobrze poukładać priorytety by nie zwariować. Jeśli ktoś pada na twarz z natłoku obowiązków, to przede wszystkim powinien wygospodarować czas na odpoczynek a nie na pucowanie domu. Natomiast mój post jest o sytuacji standardowej, kiedy czas mamy (lub wręcz mamy go w nadmiarze skoro np skrolujemy przez media społecznościowe czy oglądamy kolejny serial) a po prostu wpadliśmy w jakiś kanał zobojętnienia i lenistwa tłumacząc sobie, że przecież nic nie muszę.  Ja w tym kanale też byłam ale na szczęście znalazłam drabinę i udało mi się wyjść. Teraz z wolności wyboru wybieram dbanie o siebie i o dom.

Co właściwie robi nam porządek w domu, oprócz tego, że jest czysto i przyjemnie? Przede wszystkim sprawia, że patrząc na posprzątane wnętrze czujemy spokój, poukładana i czysta przestrzeń działa na nas relaksująco i wyciszająco. W ładzie nie odczuwamy chaosu. Pewnie każdy miał okazję się przekonać jak rozgardiasz wprowadza do naszej głowy zamęt i jak znika on wraz z posprzątaniem. Patrząc na bałagan czujemy przytłoczenie i poddenerwowanie, ciężko nam się skupić, już nie mówiąc o stresie wywołanym szukaniem czegoś w pośpiechu. Przy okazji sprzątania przed Świętami, warto też zrobić generalny przegląd rzeczy zbędnych, bo nawet nie zdajemy sobie sprawy jak te upchane po brzegi szafy obciążają naszą głowę. Przedmioty, których nie używamy, ubrania, których nie nosimy, stare papiery, zepsute buty, gadżety, zabawki itd. Czy po otwarciu drzwiczek starocie i przydasie wylewają się niczym lawa z krateru? Niech tym razem wyleje się prosto do plastikowego wora i wyląduje na śmietniku lub w pojemniku PCK, niech pozostawi jedynie spokój w głowie i porządek w szafie.

Tak więc zmieniłam swoje podejście i staram się traktować sprzątanie jako wartość dodaną, która niesie dodatkowe, z pozoru niezauważalne korzyści. Wszystko jest kwestią odpowiedniego podejścia a czasami jeszcze dobrej organizacji. Kończę pisać i za chwilę wkraczam do akcji aby odhaczyć kolejne punkty z mojej listy rzeczy do posprzątania przed Świętami. Zostawiam Was w tym, być może kontrowersyjnym, podejściu do tematu, każdy niech odczyta go tak jak mu pasuje. A tymczasem sezon świąteczny uważam za otwarty, wszak 1 i 11 listopada już za nami, więc czas usłyszeć po raz pierwszy najlepszy umilacz świątecznych przygotowań.




czwartek, 31 października 2024

Zwierzęta stadne

Lato minęło bardzo szybko, trochę w ogrodzie, nad jeziorem, na rowerze, lecz przede wszystkim na wielu spotkaniach i wspólnym działaniu. Miałam wrażenie, że nie zdążyłam porządnie usiąść, poleniuchować a nastała jesień i pora była schować ogrodowe meble, klapki i sukienki. Upłynęło kilka miesięcy od ostatniego wpisu i trochę się bałam, że nie uda mi się tu wrócić a blog zostanie przerwany i ponownie zawiśnie na kilka lat. Zależało mi jednak, żeby tak się nie stało, bo oprócz pisania w pamiętniku lubię też pisać do kogoś. Z tego względu, po wielu działaniach, zawirowaniach, jeżdżeniu w tę i we wtę a także po powrocie z długo wyczekiwanego urlopu wracam do pisania. Jesień i zima to też takie miesiące, w których przyjemnie się w końcu zatrzymać i posiedzieć w domu, więc liczę na więcej czasu. 

Złota polska jesień

Letnie miesiące spędzone z rodziną, z koleżankami a także na działaniu w lokalnej społeczności przyniosły mi pomysł na temat tego wpisu. Nie od dziś wiadomo, że człowiek to zwierzę stadne i trudno mu żyć samemu w zupełnej izolacji od społeczeństwa. Oczywiście są mniej lub bardziej towarzyskie osoby, Ci, którzy dążą do spotkań oraz Ci którzy ich unikają. Na przykład Mąż twierdzi, że on nie potrzebuje towarzystwa do szczęścia a do mojej obecności jakoś się przyzwyczaił, uroczy jest w swojej szczerości. I faktycznie nie zależy mu na przebywaniu w większym gronie. Ja jestem bardzo ludziolubna i potrzebuję spotkań. Uwielbiam wydawać przyjęcia, zapraszać gości lub organizować wspólne wyjazdy. (Wyobrażam sobie, że w poprzednim życiu wyprawiałam proszone obiady i rauty.) Gdyby nie remont a później dziury w budżecie i nadal nie wykończony dom pewnie częściej spraszałabym gości (O biedny Mąż!). Przebywanie w towarzystwie dodaje mi energii, a że towarzystwo starannie dobieram i unikam ludzi narzekających czy plotkujących, to nie mam problemu z tzw. wampirami energetycznymi, które energię wysysają. Najczęściej z takich spotkań wracam rozpromieniona i szczęśliwa. Może to ja wysysam energię z ludzi ;) Nikt jeszcze nie wnosił uwag, więc chyba nie. Staram się dzielić swoją radością i optymizmem dlatego podejrzewam, że korzyść ze spotkań jest obupólna. 

Jedną z większych obaw, jakie miałam przed wyprowadzką na wieś był potecjalny brak ludzi wokół. Zastanawiałam się, czy z Mężem nie będziemy zupełnie sami na środku niczego, czy będziemy mieć towarzystwo. I nie chodzi nawet o to, że nikogo byśmy nie znali, bo w takiej sytuacji byłam nie raz i udawało mi się stworzyć nowy krąg znajomych, myślałam, że w ogóle będziemy na pustkowiu. Wyobrażenia najczęściej okazują się błędne i niespójne z rzeczywistością, tak było również tym razem. Nasz dom położony jest w centralnej części wsi, więc ludzi wokół mamy sporo. Dodatkowo trafiliśmy na miłych i przyjaznych sąsiadów. Przyjęli nas bardzo życzliwie, zawsze pomagają, kiedy tego potrzebujemy, jest z kim porozmawiać i się poradzić. Dalsi sąsiedzi również sprawili, że poczuliśmy się jak u siebie, byli szczerze zainteresowani poznaniem nas i zawsze miło spędzamy z nimi czas. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy tu sami i w razie konieczności mamy na kogo liczyć.

Oprócz sąsiadów jest jeszcze jeden towarzyski aspekt w naszej wsi, mianowicie prężnie działające koło gospodyń wiejskich, do którego postanowiłam dołączyć. Nie mamy co prawda gospodarstwa prawdziwie wiejskiego, z żywym inwentarzem, akrami pól i grządek do pielenia. Nie mamy nawet psa ani kota jednak na wsi mieszkamy, więc do gospodyń wiejskich się zaliczam. Prawda jest taka, że żywego inwentarza to już na wsiach prawie nie uświadczysz, lecz to nie wpis o tym. Od prawie dwóch lat biorę udział w różnych wspólnych przedsięwzięciach i od początku zauważyłam, że przyjemnie jest robić coś w gronie kobiet, mieć wspólne zadanie, cel do zrealizowania. To bardzo mobilizuje, jednoczy i jest jeszcze miłym oderwaniem od domowych obowiązków. Dzięki KGW czuję się częścią społeczności i dodatkowo cieszę się, że robię coś dobrego dla innych dedykując swój wolny czas. Właśnie to robimy najczęściej, tworzymy coś dla mieszkańców aby sprawić im radość lub wesprzeć jakiś szczytny cel. Dobrze jest robić coś bezinteresownie dla innych.

Jeśli chodzi o wspólne działanie w kobiecym gronie i czas spędzony razem to z biegiem lat odkryłam, że babskie towarzystwo jest bardzo potrzebne, nie tylko mi, ale ogólnie kobietom. Właściwie od zawsze kobiety siadały razem, pracowały, rozmawiały, dzieliły się i wspierały. Mam wrażenie, że później przyszła moda na indywidualizm, na wyścig szczurów, przepychanie się do celu i zazdrość bo przecież inna może zdobyć coś przed nami. Być może to nie moda a kwestia dostrzeżenia tego co ważne, co tak naprawdę ma znaczenie. Może chodzi o dojrzałość emocjonalną przychodzącą z wiekiem, poznanie siebie i zrozumienie, że inna kobieta niczego nam nie zabierze bo cała moc sprawcza jest w nas. Zrozumiawszy to, możemy otworzyć się na inne kobiety bez lęku, bez obawy czy zazdrości a z ciekawością i chęcią uczenia się od siebie. Warto docenić korzyści płynące z przebywania w kobiecym kręgu i tworzyć takie babskie zgrupowania. 

Jeszcze w Szczecinie, w czasie pandemii, kiedy kawiarnie i inne lokale w większości były zamknięte przyszło mi na myśl, że chcę zacząć organizować cykliczne spotkania dla koleżanek. Chciałam umożliwić nam wspólne spędzenie czasu, pobycie razem, porozmawianie i poprawienie sobie humorów w tym depresyjnym czasie. Nazwałam te spotkania "Podwieczorki u Carli" i sądzę, że okazały się być sukcesem, ponieważ grupa (z pewnymi zmianami w składzie) z biegiem lat zmieniła się w moim odczuciu w zgraną paczkę przyjaciółek. W paczkę, w której można być sobą, gdzie nie ma udawania i przede wszystkim nie ma obgadywania czy zazdrości. Jest pozytywny przepływ energii, wsparcie i inspiracja do zmian. Uwielbiam te nasze spotkania. Po przeprowadzce zastanawiałam się czy uda się utrzymać nasze grono i nadal spotykać. Faktycznie z uwagi na odległość nie widzimy się już tak regularnie lecz w zamian zdaża się nam spędzić więcej czasu naraz podczas wspólnych weekendowych wyjazdów. Mąż chętnie mnie wysyła na zloty i mówi "Jedź, na pewno będziesz się dobrze bawić i wrócisz zadowolona". I tak rzeczywiście jest za każdym razem. 


Zamykając powoli ten wpis wspomnę o mojej rodzinie, ponieważ tak jak pisałam, udało nam się spędzić sporo letnich dni razem. Dobry był to czas, z jednej strony przywołujący radosne dzieciństwo z drugiej przynoszący refleksję o nowych rolach jakie mamy w dorosłym życiu i zmiany dynamiki rodzinnej jaka za tym idzie. Może kiedyś podejmę ten ciekawy wątek.   

Kończąc teraz rozważania na temat nas, zwierząt stadnych a w szczególności stadnych kobiet zachęcam do wyjścia do ludzi nawet wtedy, lub przede wszystkim wtedy, kiedy zasiedzimy się w domu, pod ciepłym kocykiem. Wtedy, gdy wydaje się, że nikogo nie ma wokół nas albo co gorsza, że wszyscy są nie tacy jak (według nas) powinni. Wychodź z inicjatywą i buduj swoje stadko ludzi, z którymi stworzysz wartościowe, pełne uważności relacje, z którymi wymienisz się dobrym słowem, pozytywną energią czy swoim czasem. Daj kawałek siebie i przekonaj się ile sam możesz w stadzie otrzymać.