poniedziałek, 31 marca 2025

3 razy K czyli o koleżeństwie, konfliktach i książce.

 Marzec oprócz wyjazdu do Włoch był też okazją do koleżeńskich spotkań. Na dzień kobiet pojechałam z koleżankami do Poznania. Pretekstem był koncert Piaska, który dziewczyny chciały zobaczyć. Ja akurat nie chciałam, ale skorzystałam z okazji by spędzić razem czas. Na kolejny weekend zaprosiłam do nas koleżankę z którą znam się z Londynu, a która jeszcze nie widziała naszego domu na wsi. 
Były to przyjemne weekendy, wesołe, z dobrą zabawą, łącznie z rewelacyjną imprezą w klubie Havana, na którą zupełnym przypadkiem trafiłyśmy. Było dużo rozmów i nadrabiania zaległości. Spotkania te przyniosły mi również wiele pytań na temat koleżeńskich relacji. 



Zaczęłam zastanawiać się, jak daleko możemy posunąć się w szczerości, czy w porządku jest zachować pewne sprawy dla siebie i nie dzielić się nimi z przyjaciółką? I czy zostawienie niektórych tematów oznacza, że czegoś się boimy? A czy jeśli się boimy - krytyki, oceniania, dobrych rad - to czy możemy mówić o prawdziwej, głębokiej relacji? o przyjaźni? Gdzie jest granica, czy w ogóle istnieje jakaś granica i definicja, czy może to po prostu indywidualna sprawa dwóch osób, ich charakterów i potrzeb? Parę razy natknęłam się w internecie na stwierdzenie, że prawdziwa przyjaźń to taka, która przetrwa: czas, dystans, milczenie. Zgadzam się z tym jak najbardziej zwłaszcza, że jedna z moich wieloletnich przyjaźni nie przetrwała milczenia. A czy można nie dzielić się wszystkim? Zostawiam to pytanie bez odpowiedzi, lecz bardzo ciekawa jestem opinii innych lub przykładów z życia wziętych. 
Drugie pytanie jakie pojawiło się po tych wspólnych chwilach: "Czy mamy prawo odezwać się w swojej lub czyjejś obronie?". Czy jeśli czujemy się niesprawiedliwie potraktowani lub ocenieni lepiej jest to olać i zostawić temat czy właśnie powiedzieć szczerze, co się myśli i narazić na jeszcze większe niezrozumienie albo nawet przerzucenie odpowiedzialności na nas? Pewnie odpowiedź zależy znowu od danej sytuacji i nie ma tu jedynego słusznego rozwiązania. Czasami chciałabym, żeby takie było. Chciałabym aby człowiek zawsze wiedział jak zareagować. Gdyby tak rozdawali jakieś gotowe scenariusze.

Czytam właśnie książkę "Odwaga bycia nielubianym" autora Kishimi Ichrio. Koleżanka mi poleciła, a ja polecam dalej. Uważam, że dla zdrowia psychicznego każdy powinien ją przeczytać, w szczególności osoby wrażliwe i przejmujące się. Jeszcze nie skończyłam czytać, ponieważ treści zawarte w tej książce wymagają głębszego zastanowienia, przetrawienia a przede wszystkim zapamiętania, wręcz wyrycia sobie w głowie. Pisarz przywołuje teorię Alfreda Adlera, psychologa z epoki Freuda, który wiele problemów ludzkich upatrywał w relacjach i oczekiwaniach. Już samo poznanie tej filozofii pozwala inaczej spojrzeć na konflikty i nasze w nich miejsce. Oczywiście jest to tylko teoria i jak najbardziej można się z nią nie zgadzać, nie akceptować czy wręcz odrzucić jako niedorzeczną. Podejrzewam, że początkowe odrzucenie wydaje się prawdopodobną reakcją, gdyż opisywane podstawy kiepskich relacji burzą znane, powtarzane od wieków normy i schematy.  I tak zgłębiając tę pozycję dochodzę do wniosku, że nauka dystansowania się do niektórych sytuacji i spojrzenie z perspektywy jest niesłychanie pomocną umiejętnością. Szkoda, że w przeszłości nie potrafiłam z większym dystansem patrzeć na czyjeś zachowania, nie potrafiłam nie brać ich do siebie. Pewnie byłoby mi łatwiej.  Tak samo gdyby nie zależało mi na tym, aby inni zawsze sprawiedliwie i zgodnie z prawdą mnie oceniali. A przecież co to za różnica, skoro każdy może mieć swoją wersję prawdy i dla każdego ważna jest tylko ta jego. Powinno być mi to zupełnie obojętne. Tak, w teorii pięknie i łatwo to wygląda, w życiu taka postawa jest nie lada wyzwaniem. Ja lubię wyzwania, więc od dzisiaj do konfliktowych sytuacji mam zamiar podchodzić z jeszcze większą odwagą i dystansem. Nie wchodzić w nie z emocjami, nie roztrząsać, poszukać swojej prawdy i pozwolić innym mieć własną jej wersję. Dam wam znać jeśli kiedykolwiek osiągnę w tej dyscyplinie mistrzostwo. 



Jak widać interakcje z innymi ludźmi mogą być okazją do refleksji, również do autorefleksji. Oczywiście jeśli jesteśmy już na tym etapie i zastanawiamy się czasami nad sobą. Z moich obserwacji wynika, że niektórzy zawsze pozostaną na etapie obwiniania innych, i otaczającego świata, za wszelkie życiowe perypetie, porażki lub zachowanie. I to też jest ok, bo mają swoją drogę do przejścia. Oby tylko nie przyszło mi do głowy aby w to interweniować i wyjeżdżać z sugestiami. Dystans, dystans i jeszcze raz dystans. 
Przypomniał mi się stary film "Dwóch gniewnych ludzi" (org. "Anger management"), w którym główny bohater skazany przez sąd za napady gniewu uczy się panowania nad sobą z pomocą ekscentrycznego psychologa. Słowem kluczem był tam zwrot "gusfraba", który powtarzany kilka razy z rzędu miał przynieść spokój i ukojenie nerwów. Widzieliście? 



Z polecajką dobrej komedii i jeszcze lepszej książki życzę wam dystansu, spokoju i miłego wieczoru.

niedziela, 23 marca 2025

Migawki z Włoch i wiosna! nareszcie wiosna!

Długo trzymałam czytelników bez nowych treści. Nie byłabym sobą, gdybym w ciągu kilku tygodni nie skumulowała planów, których wystarczyłoby na następne miesiące. A później się dziwię, że jakoś nie mogę zapanować nad bieżącym życiem, że nie ma czasu na moje projekty, malowanie, pisanie, o sprzątaniu już zupełnie nie mówiąc. Na koniec zaległam jeszcze na tydzień w łóżku z chorobą. Bywa i tak.

Zacznę może od najbardziej optymistycznego akcentu tj. naszego wyjazdu do Włoch, który po zimie był idealnym doładowaniem baterii. Był to wypad okołoweekendowy, a mimo to poczułam się jak na prawdziwym urlopie. Przede wszystkim z powodu ciepła, które poczuliśmy już po wyjściu z samolotu. Temperatura na południu Włoch, nawet zimą nie spada poniżej 10 stopni,  więc powietrze jest ciepłe, nie trzeba czekać na jego nagrzanie do wiosny. Cudowne uczucie. Chodziliśmy w wiosennych butach i kurtkach, momentami nawet bez nakryć wierzchnich.

Widok na Sycylię
Zobaczcie jaka krystaliczna woda.


Polecieliśmy akurat w ostatni weekend karnawału i na miejscu okazało się, że Włosi świętują te dni. Przebierają swoje dzieci w najróżniejsze kostiumy, rozrzucają confetti i serpentyny na ulicach, organizują parady. Przyjemne się na to patrzyło, zwłaszcza na te wesołe dzieci. W ogóle we Włoszech jest kult dzieci, albo inaczej mówiąc zupełnie inne podejście niż u nas, gdzie nadal, choć coraz mniej, potęguje "dzieci i ryby głosu nie mają". Tam dzieci od urodzenia są częścią rodziny i wychodzą z dorosłymi wszędzie gdzie się da, siedzą razem w restauracjach, zostają z dorosłymi do późnych godzin wieczornych. Młode mamy nie zamykają się w domach i nie izolują siebie i dziecka. I te dzieci, przyzwyczajone od początku do hałaśliwych rozmów, wcale nie zachowują się jakoś specjalnie głośno i nie przeszkadzają ludziom obok. Inna sprawa, że Włochów ogólnie ciężko przekrzyczeć i przegadać. Odmienne podejście do dzieci widać też w ubiorze. Nawet w stosunkowo małym mieście, jakim jest Reggio Calabria, widzieliśmy wiele sklepów z ubraniami dla dzieci. Specjalnie nie piszę "z ubrankami", bo stroje dla dzieci są miniaturką kolekcji dla dorosłych. Eleganckie, z dobrych materiałów, ładnie uszyte. Nie jakieś myszki miki i psie patrole. Wiszą miniaturki płaszczy, sukienek, swetrów. Uwielbiam patrzeć na włoskie dzieci w tych zestawach. Wyrabiają w dzieciach takie poczucie smaku i estetyki od kołyski. Ja jestem tym zachwycona.
Mój zachwyt nad włoską kuchnią również nie maleje. Smaku i zapachu włoskiego espresso nie da się podrobić. Dzień zaczynaliśmy od kawy i croissanta lokalnie nazywanego po prostu rogalikiem czyli cornetto. Dalej w ciągu dnia wjeżdżały lody, przekąski w postaci mini kanapeczek, kolejne kawy lub lekkie piwo. 

Lody rozpływają się w ustach.
Lody w maślanej bułeczce, próbowaliście? Ja pierwszy raz.

Wieczory zgodnie z lokalnym zwyczajem  zaczynaliśmy od aperitifów czyli napoju z alkoholem, którego zadaniem jest pobudzenie apetytu. Wraz z drinkami otrzymujemy małą przekąskę, oliwki, paluchy, orzeszki czy chipsy. Gdy brzuchy są odpowiednio pobudzone a głowy rozluźnione czas na obiadokolację. Nie mieliśmy wiele dni na spróbowanie typowych regionalnych przysmaków. Pierwszego wieczoru trzeba było oczywiście zjeść pizzę, drugiego wybór padł na makaron, a w ostatni zjedliśmy małą focaccię, bo nie byliśmy specjalnie głodni. 

Ach, jaka dobra pizza!
Pyszności! 

Mąż stwierdził, że mógłby przywyknąć do takiego stylu życia, w szczególności do kawy z rogalikiem i tej pogody. Bardzo mnie to cieszy, bo ja już dzisiaj spakowałabym walizki i przeniosła się do Włoch przynajmniej na zimowe miesiące. Znowu nabrałam chęci i motywacji żeby uczyć się włoskiego. Wcześniej myślałam, że raczej nie będę miała jak go używać. A teraz uważam, że warto się uczyć nawet dla satysfakcji. Poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy taka umiejętność okaże się przydatna.

Moje ulubione pomarańcze
Soczyste i słodkie pomarańcze prosto z drzewa.

By pozostać dłużej w urlopowym nastroju przywieliśmy sobie kawę, paczkę ciasteczek, pyszny ser a także krem pistacjowy a'la nutella oraz dżem z bergamotki. Taki dobry ten dżem. Przy okazji, potwierdza się powiedzenie, że podróże kształcą. Wcześniej myślałam, że herbata Earl Grey swój aromat zawdzięcza kwiatom o nazwie bergamotka. Zdziwiłam się gdy na targu zobaczyłam, że bergamotka to owoc wyglądający jak połączenie limonki  i pomarańczy. Okazuje się, że aromat do herbaty Earl Grey to olejek ze skórki bergamotki. I właśnie w Kalabrii uprawianych jest najwięcej drzewek pomarańczy bergamoty.

Pomarańcza bergamoty.
Citrus bergamium.

Wracając do naszego wyjazdu to miasta Reggio Calabria jako tako nie polecam. Lata świetności ma 50 lat za sobą, dosłownie, bo większość straszących dzisiaj miejsc, które kiedyś przyciągały turystów zostało wzniesionych w latach siedemdziesiątych. Wówczas jako symbol nowoczesnej, wizjonerskiej architektury, z zastosowaniem szkła i metalu. Dziś budynki zaadaptowali sobie  imigranci. Zobaczyliśmy duże plakaty z informacją, że miasto pozyskało środki na rewitalizację tych miejsc. Przeszliśmy się na północ miasta aby zobaczyć marinę i jachty. Bezpośredniego dojścia do mariny nie znaleźliśmy, jedynie wejście na teren portu skąd odpływają promy m.in na pobliską Sycylię. Tu również wisiał baner z wizualizacją ultranowoczesnego Centrum Kultury Śródziemnomorskiej. Zwróciłam uwagę, że projekt wykonany był przez słynne biuro architektoniczne Zahy Hadid. Odsyłam na ich stronę - spójrzcie sami na ten kosmiczny design. 
Być może powstanie kilku architektonicznych perełek przyciągnie więcej turystów i inwestorów i sprawi, że region nie będzie już tym najbiedniejszym miejscem we Włoszech. Być może jeszcze tam wpadniemy i porównamy. Prawdopodobieństwo jest małe, chętniej odwiedziłabym Sycylię lub inne obszary Kalabrii.

Tyle na dziś. Więcej o marcowych wydarzeniach w kolejnym odcinku. Zostawiam Was w tym włoskim miksie smaków, aromatów i ciekawostek. Taki aperitif o nieprzyzwoitej południowej godzinie, oby pobudził apetyt na podróże. 





poniedziałek, 24 lutego 2025

Gdy się nie rozwijasz to się zwijasz.

Mocno trzymamy się przeszłości szczególnie gdy w latach, które minęły, często latach młodości, robiliśmy coś, z czego jesteśmy bardzo dumni lub coś, co było niecodzienne, wyjątkowe, czasami godne podziwu lub pozazdroszczenia. Kiedyś myślałam, że dotyczy to zwłaszcza osób, które za młodu uprawiały jakiś sport, trenowały a nawet odniosły sukcesy a teraz siedzą na kanapie i nie pójdą nawet na spacer, lecz nadal z rozrzewnieniem wspominają jak to kiedyś... Myślałam nawet w duchu "jak dobrze, że ja niczego nie trenowałam, bo przynajmniej w wieku 30 plus a później 40 plus mam chęć się ruszać". Okazało się, że to nie jest jedynie domena trenujących a wszystkich, którzy nie mają nowych celów i marzeń, do których chcieliby dążyć. 
Podczas ostatnich rozmów z Mężem wypłynął ten temat. Spojrzałam z boku na to co mówię i okazało się, że sama wracam do przeszłości a moim "uprawianym w młodości sportem" są podróże. Często do nich wracam, bo były dla mnie czymś wyjątkowym, z czego jestem dumna. Pamiętam, jak jadąc na cztery miesiące do Ameryki Południowej słyszałam od niektórych "o, to podróż życia". Buntowałam się wówczas i myślałam "jak to podróż życia, to dopiero początek!". Prawda jest jednak taka, że jak na razie to była faktycznie moja największa i najbardziej niesamowita przygoda. Może okaże się, że to była podróż życia i nigdy nie uda mi się powtórzyć czegoś równie spektakularnego. Czas uzmysłowić sobie i zaakceptować, że obecnie nie jestem podróżniczką. Nie wyjeżdżam na warunkach, na jakich chciałabym wyjeżdżać. Trudno mi to zaakceptować lecz bardzo by to ułatwiło i pozwoliło żyć tym co jest dzisiaj. Przede wszystkim to odcięcie się od przeszłości może być początkiem ku nowym sukcesom. Przecież mogą być to niecodzienne przeżycia w innych obszarach.

Sama w kółko powtarzam, że tu i teraz jest najważniejsze, a okazało się, że moje myśli krążyły wokół przeszłości lub przyszłości, tej nad którą nie ma kontroli. Czas zająć się aktualnym życiem, z tym co mam lub czego nie mam. Oczywiście nie oznacza to, że siedzę i zajmuję się jedynie sprzątaniem domu, pracą czy ewentualnie pisaniem bloga. Trzeba działać, podnosić sobie poprzeczkę i się rozwijać, bo kto się nie rozwija, ten się zwija. Dosłownie się kurczy. 
Jak wiecie chcę się uwolnić od pracy na etacie. Chcę być panią swojego czasu i układać dzień pod siebie, a nie pod narzucone "8-16". Krokiem do wolności będzie niewątpliwie kawiarnia, i tu zapraszam do śledzenia nowości w tej sprawie na fejsbukowym profilu Café na Luzie. Zanim jednak ona powstanie warto zająć się czymś dodatkowym, najlepiej czymś w internecie.
Podobno, przy startowaniu z nowymi pomysłami, powinniśmy zacząć od pytania "co lubię, w czym jestem dobry i czym mogę podzielić się z innymi". Myślałam nad tym "nie od dziś" (i tu wkrada się melodia z Misia Uszatka :D, kto pamięta?) i nie przychodziło mi nic konkretnego do głowy. Głos krytyka podpowiadał, że w niczym nie jestem wyjątkowo dobra, ani nie mam wyjątkowej wiedzy na żaden temat. Zawsze mi się wydaje, że to co ja wiem wiedzą już wszyscy, bo jak można tego nie wiedzieć w dobie internetu ;) Oczywiście nie jest to prawda, bo ludzie interesują się różnymi sprawami i zazwyczaj szukają informacji i wiedzy na temat, który w danym momencie jest im potrzebny. 
Ja zwykle z pomocą przyszedł Mąż, przypomniał, że przecież lubię przyrodę, polne kwiaty, spacery, więc mogłabym to połączyć. Tym razem nie szukałam wymówek, nie protestowałam, po prostu to przyjęłam bo poczułam, że to faktycznie ja.

Z zamysłem dzielenia się kawałkiem siebie utworzyłam nowy projekt na Instagramie pod nazwą: "biegajacapopolach" czyli Biegająca po polach. Jest to profil, na którym pokazuję otaczającą przyrodę, piękno "chwastów", pospolitych pól i łąk. Chcę pokazywać nasze urokliwe okolice w sposób, w jaki je widzę, czyli kolorowo, szczegółowo, magicznie. Mam nadzieję, że zaciekawię Was zdjęciami i filmikami, nakłonię do spacerów i odkrywania piękna w tym, co zwyczajne.

Uczę się też programu do montowania filmów - trudna sprawa - aby wystartować z kanałem na YouTube i promować te piękne tereny, jednocześnie pokazywać jak układać bukiety z tego, co rośnie na łące lub przy drodze. Będę informować, gdy tylko uda mi się wystartować. 

Jednocześnie sporo fotografuję i przeglądam zrobione zdjęcia, ponieważ nadchodzi termin zgłaszania prac na kolejną edycję "Międzynarodowego Przeglądu Sztuki" w Siemczynie, w którym chciałabym ponownie wziąć udział. 

Działam, zapraszam do śledzenia i udostępniania, a przede wszystkim do stawiania sobie nowych wyzwań i urozmaicania codzienności. Niech sukcesy z przeszłości nie przysłonią pięknych rzeczy, które możemy zacząć tworzyć tu i teraz. Niech gdybanie o przyszłości nie paraliżuje dzisiejszego działania. Próbuj, kombinuj, ucz się i rozwijaj.  Podążaj za przygodą zwaną życiem i zobacz dokąd Cię zaprowadzi. A na końcu dowiemy się, które z tych przygód były faktycznie "podróżami życia". 


Liść ze złota
Trójwymiar i złoty liść




sobota, 15 lutego 2025

Rok blogowania za mną a droga do spełnienia marzeń coraz bardziej przejrzysta.

Jedenaście lat temu, dokładnie o tej porze, chodziłam ulicami Kuala Lumpur rozpoczynając moją samotną wyprawę po Malezji i Indonezji. 


Trzynaście lat temu zostawiłam pracę w banku oraz moje świeżo kupione mieszkanie i przeniosłam się do Wrocławia zmieniając bank na IT a mieszkanie na wynajmowany pokój. To dopiero była dziwna i niepojęta decyzja! Takie miałam wszystko poukładane, stabilna praca, mieszkanie z pięknym widokiem na pół miasta, kredyt bez widoku, ale za to z perspektywą na trzydzieści lat... Wiodłam beztroskie życie, oszczędzając na Nowy Jork i organizując najlepsze imprezy w mieście (takie krążą legendy) dla mojej paczki znajomych. Kiedy wyjeżdżałam, najbardziej szkoda mi było tego grona wesołych i pomocnych ludzi wokół mnie. Mimo tego przyjemnego życia potrzeba wyzwań i dążenia do czegoś więcej była silniejsza.
  
Rok później siedziałam w wynajmowanym pokoju mojej siostry w Wielkiej Brytanii czekając na pierwszą pracę w tym kraju i nie mając pojęcia jaki skok zrobię przez nadchodzące lata. Był to również czas, kiedy rozpoczynałam pisanie tego bloga. 

Jak się okazuje, na przestrzeni lat, wiele wywrotowych decyzji podejmowałam na początku roku. Takie szalone decyzje, które można by skomentować krótkim "odbiło jej". Teraz również poczułam, że coś mnie nosi, że potrzebuję jakiejś radykalnej zmiany i "odbicia" w stylu "rzuć wszystko i pojedź w Bieszczady". Tak jak pisałam wcześniej, brak słońca wyjątkowo dał mi się tej zimy we znaki i straciłam wenę do działania. Tym razem nie będzie zmiany o 180%, ponieważ mamy określone cele, których chcemy się trzymać. Jedynym szaleństwem, na jaki sobie pozwoliłam i na co Mąż z dobroci serca się zgodził (wiedząc jak mi to potrzebne a jednocześnie jak nie mamy na to środków), było wykupienie lotu na południe Włoch. Za dwa tygodnie lecimy (w końcu!) poszukać słońca we Włoszech i oderwać się od ponurego nastroju. 

Jak to Mąż ostatnio przypomniał "co było a nie jest, nie pisze się w rejestr". Nie ma co wracać do tego co było tylko trzeba działać z tym, co jest dzisiaj. Dlatego właśnie w ostatnich tygodniach ułożyłam mniej lub bardziej konkretny plan, aby przybliżać się do powstania kawiarni, tym samym oddalając od pracy w korporacji. O tym napiszę w kolejnym poście, bo za dużo wątków mam w głowie, a nie chcę wprowadzać chaosu.

Wracając jeszcze na chwilkę do przeszłości, dokładnie przed rokiem postanowiłam reaktywować mojego bloga. (Ten post miał być właśnie o tej rocznicy a wyszły wspominki). Przed wznowieniem, długo zastanawiałam się czy ma to sens, czy będę miała o czym pisać, czy ktoś w tych czasach jeszcze czyta blogi. Obawiałam się, że skoro aktualnie moje życie jest całkiem przyziemne, nie obfituje już w egzotyczne wyprawy czy spektakularne zmiany to, czy jest sens zaczynać i cokolwiek pisać. Wiadomo, strach ma wielkie oczy, a najczęściej boimy się czegoś, co nigdy się nie wydarzy. Cieszę się, że przełamałam te obawy i pisałam. Tematy się znajdują, ponieważ kreatywność rośnie wraz z działaniem, a ludzie czytają. Szczególnie niektóre posty spotkały się z waszym uznaniem, dostałam informację zwrotną, że identyfikujecie się z tym co piszę i moje artykuły do was trafiają. Świadomość, że tym co piszę mogę was poruszyć, dać do myślenia lub nakłonić do wprowadzenia pozytywnych zmian w życie, daje mi największą satysfakcję. Nawet jeśli z czymś się nie zgadzacie i w duchu protestujecie, to jest to moim sukcesem. Przecież na tym powinna polegać zdrowa dyskusja i wymiana zdań. Na wypowiedzeniu swoich poglądów bez przekonywania na siłę, że mamy jedyną słuszną wizję świata. Na otwartości na różne spojrzenia drugiego człowieka. 
Przy okazji, jeśli podobają wam się moje teksty, pamiętajcie proszę o udostępnianiu ich w mediach społecznościowych. Zależy mi na tym, żeby dotrzeć do jak najszerszego grona.
Życzę sobie, aby kolejny rok przyniósł jeszcze ciekawsze tematy i jeszcze więcej satysfakcji, no i oczywiście więcej czytelników.

Tyle wspomnień na dzisiaj. Kolejnym razem będzie o podnoszeniu poprzeczki i nowych projektach.


piątek, 31 stycznia 2025

Nie udawaj, miła nie udawaj lub to nie jest post dla pruderyjnych ludzi.


Wiosną, gdy przeglądałam babskie magazyny, z zamysłem utworzenia mapy marzeń, a następnie napisałam jeden z najczęściej czytanych postów pt "Wnętrza magazynów lub bądź swoją bohaterką" , natknęłam się na artykuł na temat seksualności. Były to lutowe pisma stąd banalnie, z okazji Walentynek, mnóstwo tematów o miłości, również tej cielesnej. Wyczytałam wówczas, że 80% kobiet udaje orgazm. Był to dla mnie szokers, po pierwsze, że aż tyle z nich, po drugie skąd oni to wiedzą, po trzecie dlaczego? Miałam chęć o tym napisać, ale tak schodziło, pojawiały się inne pomysły i ten temat wisiał aż do teraz, do momentu, kiedy dobitnie przypomniał mi o nim film.

W ubiegłym tygodniu byliśmy z Mężem w kinie na "Babygirl". Skusiła mnie Nicole Kidman i po trosze Antonio Banderas. Nie rozczarowaliśmy się (a różnie to ze współczesnymi filmami bywa), wręcz przeciwnie, film bardzo nam się podobał i wszystkim go polecam, świetna gra aktorów, bardzo dobra muzyka i przede wszystkim ciekawa historia i ważny temat.




A tematem przewodnim, w skrócie, nie zdradzając szczegółów, jest odwaga bycia sobą w kontekście seksualnym. Z jednej strony historia traktuje o udawaniu, braku odwagi rozmawiania o swoich odczuciach, doznaniach lub ich braku, z drugiej o odkrywaniu własnych pragnień i tego co skrywane, jak również o otwarciu się na dzielenie się tym z drugą połówką. 

Wracając do mojego pytania "dlaczego kobiety udają?", z artykułu wynikało, że przyczyną udawania orgazmów jest obawa przed sprawieniem mężczyźnie przykrości. Przyjmuję takie wyjaśnienie bo pewnie byłoby im faktycznie przykro. Uważam jednak, że jest ono mocno powierzchowne. Sądzę, że głębszą przyczyną jest lęk przed odrzuceniem, przed brakiem akceptacji, przed reakcją w ogóle. Niepojęta sprzeczność. Wciskają nam wszędobylską nagość i wulgarność, w mediach obserwujemy zero zahamowań i wstydu. Mówi się o równości, wolności, bezpruderyjności. Natomiast jak przyjdzie co do czego, to w domach i sypialniach nadal gramy te bezkonfliktowe udające orgazm i szereg innych rzeczy. Co takie udawanie daje, oprócz ewidentnego świętego spokoju?

Smutny jest to obraz, w którym nie kochamy siebie i drugiej osoby na tyle, by ufać i być szczerym. Ufać przede wszystkim temu, że miłość jest wystarczająco mocna, by pokazać swoją prawdziwą twarz.

Moim zdaniem sprawy łóżkowe to jeden z aspektów, ogromnie ważnych, lecz nie jedynych w życiu, w których potrzeba odwagi bycia sobą. Kim jesteśmy, jeśli nie przyznajemy się przed sobą o pragnieniach jakie mamy, o marzeniach, o niewygodach i tym co nam nie odpowiada lub co uwielbiamy? Jakąś półwersją siebie? Postacią dostosowaną do oczekiwań innych, zlęknioną, zapadającą się do środka coraz bardziej z obawy, że pewnego dnia, ktoś odkryje kim naprawdę jest. Boimy się, że ta odkryta wersja nie będzie pasowała do tego, co o sobie mówiliśmy, jak się zachowywaliśmy (my kobiety i mężczyźni, bo sprawa dotyczyć może wszystkich).

Prawda jest taka, że ja też nie zawsze byłam otwarta i bałam się pokazywać prawdziwą wersję siebie. Raczej niewiele osób ma od początku tak silną osobowość i tak mocno wierzy w siebie i w to, że jest wystarczający, aby zawsze, bez ogródek mówić co jej leży na wątrobie lub co myśli. To przychodzi z czasem, z kolejnymi relacjami, z każdym przerobionym "szkoleniem rozwojowym" o sobie, przede wszystkim przychodzi to wraz z pokochaniem siebie. 
Jakoś bezsensownie, pytana o coś, w pierwszym odruchu chciałam odpowiedzieć tak, żeby się przypodobać, by zadowolić drugą osobę. Bałam się, że będąc sobą nie będę idealna. (Czego to ludzie nie mają w głowach!) . Ktoś powiedział mi wówczas bardzo mądrą rzecz, która wryła mi się w pamięć i była początkiem mojej transformacji. To zdanie brzmiało mniej więcej tak: "Udając i nie będąc sobą oszukujesz partnera i nie dajesz mu wolności wyboru. Nie pozwalasz mu poznać tego kim jesteś i zdecydować czy to mu odpowiada." To była eureka - "Aha, to o to chodzi w relacjach! po prostu być sobą!". Olśnienie! To stwierdzenie mocno zmieniło moje podejście. Bo czy można się z nim nie zgodzić?

Minęło wiele lat zanim w pełni odważyłam się być sobą. Nauczyłam się być sobą w związku, w układach koleżeńskich, w pracy. Od paru lat moim głównym celem było życie w swojej prawdzie. A co to niby znaczy? Dla mnie to działanie zgodnie ze swoim wnętrzem, podejmowanie samodzielnych decyzji. Odważne mówienie o swoich poglądach, zwłaszcza kiedy są niepopularne. To mieć czelność myśleć niezgodnie z  obowiązującą "poprawnością polityczną". To ryzykować i mówić, że coś się nie podoba, że jakiegoś zachowania sobie nie życzymy, nawet gdy to grozi zakończeniem znajomości lub oderwaniem nam etykiety "o, to ta miła osoba" . To jest dla mnie życie w swojej prawdzie. Czasami bycie sobą jest trudne, jak by nie patrzeć jesteśmy częścią stada i zależy nam na dobrej w niej pozycji. Uważam jednak że, mimo trudności, warto starać się żyć i działać zgodnie z naszym wnętrzem, nawet za cenę bycia czarną owcą.

Na koniec zachęcam jeszcze raz do obejrzenia "Babygirl" . Życzę, aby film ten był dla was bodźcem do dyskusji, do przemyśleń i refleksji. Parafrazując jeszcze słowa Grechuty "nie udawaj, miła nie udawaj", bądź sobą nawet gdy "nie wypada".


poniedziałek, 6 stycznia 2025

Królu złoty!

Dlaczego mamy dzień wolny na okoliczność święta Trzech Króli? Wydawało mi się, że to w ogóle nie ma sensu, że to zmarnowany dzień, bo po Bożym Narodzeniu i Sylwestrze ludzie i tak są spłukani i raczej nie wykorzystają wolnego sensownie, tylko przesiedzą w domu. Oczywiście, dla podróżniczki, spędzenie dnia wolnego w domu jest marnowaniem szansy na urlop i odskocznię od braku słońca. Przeczytałam, że Święto Trzech Króli było dniem ustawowo wolnym aż do 1960 roku, potem ówczesna władza postanowiła to zmienić. Nie pamiętam tych czasów, dlatego byłam mocno zdziwiona, gdy w 2011 roku ogłoszono, że mamy ponownie je obchodzić. Sądziłam, że z religijnego punktu widzenia Wielki Piątek postawiłabym wyżej w hierarchii. Okazuje się, że Trzech Króli kończy okres Bożego Narodzenia i jest w kościele ważnym dniem. Siedzę więc w domu pod kocykiem i wyjadam pierniki. Chciałam zabrać się za robotę i rozebrać w weekend choinkę, która chyli się ku upadkowi. To wcale nie jest przenośnia, pień był ścięty po skosie co sprawiło, że podstawa nie była stabilna. Któregoś dnia obudziliśmy się, a choinka zamiata podłogę. Ustawiliśmy ją do pionu lecz ona zdecydowanie preferuje w tym roku pozycję półleżącą i znowu się pokłada. To w sumie tak jak ja, od Świąt wyleguję się pod kocykiem i nie bardzo mam ochotę gdziekolwiek wychodzić. Wracając do Trzech Króli, to nawet Mąż uznał, że nie można rozebrać choinki przed tym dniem, bo wyczytał, że tak mówi tradycja. Trzymam się więc tradycji, zaparzyłam kubek gorącej herbaty i siup, powrót na sofę. 

Czasami, siedząc na kanapie odpowiednio długo, dochodzisz do momentu, kiedy "wyoglądasz" wszystkie filmy,  zaczynasz zasypiać nad książką, herbata wystygła a na kolejnego piernika nie masz ochoty. I jeśli przetrzymasz ten moment i dalej pozwolisz sobie na relaks wówczas, pojawiają się ciekawe myśli na różne tematy. Zaczęłam zastanawiać się nad rokiem, który tak leniwie się rozkręca. Zapytałam siebie, czego chciałabym w tym roku spróbować i czego się nauczyć, jaki chciałabym, aby był ten 2025.  Przyszła mi też taka myśl: gdyby to nam mieli przynieść dary to czego byśmy sobie życzyli?  Na pewno mamy na to odpowiedź z długą listą, różnych rzeczy. Ja nie pogardziłabym biletem do opery, nowym komputerem, albo domem nad oceanem, w którym spędzałabym z Mężem zimy. Takie przyziemne potrzeby :D 
A co, jeśli to my sami możemy sobie przynieść dary? Na plecach nie dałabym rady przenieść domu, nawet takiego z bambusa i trzciny, lecz ile jest darów, które sama sobie mogę podarować. Wyobraź sobie taką sytuację: jedziesz przez pustynię na wielbłądzie, szukasz kogoś, kto się urodził i ma przynieść nowe, oczekiwane, lepsze. Znajdujesz to miejsce, podchodzisz bliżej, zaglądasz przez okienko, a tam Ty sam. Ty sam jesteś tym nowym, wyczekiwanym, wyjątkowym. Jesteś lepszą wersją siebie. Przecież można by tak zinterpretować to święto. Jest nowy rok, nowe możliwości, i my w tym wszystkim nowi, z mocą zmian, z mocą podarowania sobie czegoś pięknego i nietypowego, z miłością i troską. I tak nowa wersja Ciebie siedzi i czeka na to co jej podarujesz. Jakie więc dary przyniesiesz sobie samemu w tym 2025 roku?

W jakim obszarze życia chcesz wprowadzić nową jakość? Może tym obszarem jest rodzina, może chcesz spędzać więcej wartościowego czasu, z osobą, którą kochasz, z najbliższymi, może przybliżyć relacje ze znajomymi? Tym obszarem może być Twoje samopoczucie, czy chcesz wprowadzić jakość do sposobu w jaki odpoczywasz? Czy faktycznie czujesz się wypoczęty, zrelaksowany, dotleniony? Czy poleciłbyś go osobie, na której Ci zależy? A obszar jakim jest Twoje ciało? Zastanawiałeś się nad tym, co właściwie jesz i co to znaczy dla Twojego ciała lub zdrowia? Poświęciłeś kiedykolwiek czas na zaobserwowanie jaki rodzaj jedzenia najbardziej Ci służy, po czym masz najwięcej energii i czujesz się lekko? Być może chcesz lepszej jakości w sposobie spędzania wolnego czasu lub tego jak pracujesz? Chcesz zdobywać nowe umiejętności, doświadczać, otaczać się pięknem albo na przykład bardziej efektywne pracować i mieć do pracy więcej dystansu? Obszarów i darów jest całe mnóstwo, chyba nieskończoność konfiguracji, dostosowane do konkretnej osoby i jej potrzeb.

Można te propozycje porównać do postanowień noworocznych, brzmią podobnie. Jednak postanowienia rzadko kiedy są skuteczne i nawet, jeśli uda się je wprowadzić w życie, zwykle szybko wracamy na stare tory. Są mało skuteczne, bo komfort starego i znanego jest zbyt przyjemny. Teoretycznie coś się nam nie podoba, ale mamy na co ponarzekać i możemy zrzucić winę na niesprzyjające okoliczności, pozostając w roli ofiary.
Natomiast to, o czym piszę, to nie postanowienia, jakieś tam słowa rzucone na wiatr, spisane w kalendarzu pierwszego stycznia. To, o czym piszę, jest darem. Wyjściowa pozycja jest zupełnie inna, możemy i decydujemy ofiarować sobie prezent, z troski, z uważności, z miłości do nas samych, do naszego życia. Nie musimy, bo bez tego też jest ok, lecz chcemy. Chcielibyśmy otrzymać taki wyjątkowy prezent od kogoś, chcielibyśmy, żeby ktoś się nami zaopiekował, zajął. A przecież tym kimś powinniśmy być my sami. Jeśli sami nie jesteśmy w stanie podarować sobie chociaż trochę czasu, uwagi, troski, która poprawi jakość naszego życia, to nie oczekujmy, że trzech króli zrobi to za nas. (I nie chodzi o to, że ktoś, jakiś król, nie chce nam tego dać. Jest duże prawdopodobieństwo, że chce i zapewne by dał. Problem w tym, że skoro Ty sobie nie dajesz, to nie umiesz przyjąć daru, nie jesteś gotowy na takie dobroci.) 
Ty jesteś swoim królem, możesz przynieść sobie najpiękniejszy prezent, dar jakim jest moc sprawcza. Możesz wypełnić swoje życie nową jakością, choćby było to na początek coś tak małego, jak dziesięć minut w ciszy czy pięć minut tańca przy ulubionej piosence. Cokolwiek, drobnostka, który sprawi, że poczujesz się przyjemnie bo będzie to specjalny dar od Ciebie dla Ciebie. Nieśmy sobie dary, dzisiaj, jutro, przez cały ten rok!




róże
W tym roku, chcę mieć jeszcze więcej kwiatów wokół siebie.







wtorek, 31 grudnia 2024

Na odchodne

 Zanim się dobrze obejrzeliśmy minął nam rok 2024. Zaraz strzelać będą korki od szampana, zaszeleszczą tiulowe sukienki, zastukają kieliszki. Fajerwerki pewnie nie wystrzelą, bo fajerwerków już puszczać nie wypada. W tych czasach dbamy bardziej o zwierzęta niż o ludzi, o nasze psy niż dzieci. Idąc w tym kierunku za parę lat korek od szampana też będzie zakazany - bo hałasuje. Hałasu faktycznie nie znoszę, natomiast fajerwerki uwielbiam, szampana też bardzo lubię. Uważam, że dbałość o dobrostan zwierząt można by było rozwiązać w inny sposób, na przykład eliminując tzw. bomby i korsarze a pozbawiać nas przyjemności oglądania rozświetlonego nieba.  Szkoda mi, że chociaż raz w roku nie można zobaczyć porządnego pokazu. Jednocześnie zastanawiam się, kto stanie w naszej obronie i zadba o wyciszenie świata. Nikt nie broni ludzi przed hałasem, który nas ciągle otacza. Przed muzyką i reklamami puszczanymi na cały regulator ze sklepowych głośników, przed piszczeniem kas, lodówek i mikrofali na stacjach benzynowych. Nikt nas nie chroni przed dźwiękami wydawanymi kilkukrotnie przez sprzęty domowe, przez taką pralkę, która daje trzykrotnie znać, że skończyła miętolić galoty. Czy oczekuje, że od razu pobiegnę i ją pochwalę jak dobrze się spisała? Nikt nie chroni nas przed reklamami, które specjalnie są puszczane głośniej, na wypadek gdybyś zapomniał, że od dziesięciu lat na czyszczenie uszu, polecają niezmiennie akustone. Nikt nie chroni nas, ani naszych dzieci, przed zbyt głośno oglądanym filmem czy bajką, zwłaszcza w kinie. Nie mówiąc już o tym, że gdy mieszkasz w bloku to nikt nie chroni przed trzaskającymi drzwiami, dzwiękami wentylatorów, wody spuszczanej u sąsiada a nawet reklamy akustone, która właśnie wyświetlana jest na jego telewizorze. Te przykłady można by mnożyć, tym, którzy mają większą wrażliwość pozostaje próba ochrony na własną rękę. Z mojej obserwacji wynika, że większość ma to w nosie, więc chyba tylko ja mam problem. Może Ci ludzie mają łatwość wyłączania tego co w tle, a może nie łączą kropek i nie widzą, że taki hałas jest źródłem poddenerwowania i stresu. Nie wiadomo. 

Ten post wcale nie miał być o hałasach a o kończącym się roku. Nie miał być też długi, bo gdy szykować trzeba kreację lub coś do jedzenia, czasu na czytanie brak. 
W tym poście chcę zadać Wam, drodzy czytelnicy, pytanie o odchodzący 2024. Jak go oceniacie? Czy był to rok dobry i godny zapamiętania, czy chcecie o nim jak najszybciej zapomnieć?  Czy ten rok był dla Was łaskawy? A czy Wy sami byliście łaskawi dla siebie i swego otoczenia? Czy wystarczająco dbaliście o swoje dobre samopoczucie, znajdowaliście czas na odpoczynek i sprawianie sobie radości? Pewnie pamiętacie, że dbanie zaczyna się od siebie, lecz jak to Wam wychodzi w praktyce? 

Z czego jesteście dumni w tym kończącym się roku, co udało Wam się osiągnąć? Czym możecie się pochwalić, chociażby sami przed sobą? A co zrobiliście pierwszy raz w życiu? 

Lubię robić sobie takie podsumowania szczególnie wtedy, gdy nie wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy wydaje mi się, że mogłam zrobić więcej, bardziej się postarać czy włożyć więcej wysiłku. Rokrocznie tworzę listę, żeby docenić to co przyszło, co się udało, jakie umiejętności zdobyłam lub życiowe lekcje odrobiłam. Bo planować możemy dużo a wszechświat ma być może inną dla nas drogę, więc nie jest ważne jeśli coś się nie udało, ważne, że działaliśmy. Fajnie jest spojrzeć na miniony czas i wydarzenia z dystansem i podziękować za to co było, w takiej formie w jakiej to otrzymaliśmy, nie w tej idealnej czy zaplanowanej
. Napełnić się energią wdzięczności, aby w kolejnym roku przyciągnąć jeszcze coś lepszego.

Nie będę tu dzielić się wszystkim co 2024 rok przyniósł, bo zastałaby mnie północ. Mogę napisać o kilku moich pierwszych razach: pierwszy raz zrobiłam uszka i pierogi, upiekłam tort i wygrałam konkurs na reportaż. Pierwszy raz moje prace wisiały na wystawienie. Pierwszy raz byłam w Lublinie i Rzeszowie a przede wszystkim w Dzikowcu, skąd pochodzi moja babcia. Pierwszy raz dowiedziałam się tak dużo o moich przodkach, to było cenne doświadczenie.
Dobry to był rok, spokojniejszy niż poprzednie lecz obfitujący w wiele podróży wgłąb siebie, w rozwój osobisty, w rozwój naszego domu i naszej przestrzeni.

Czy żegnacie ten stary już rok z poczuciem zadowolenia i spełnienia? Mam nadzieję, że tak! Oby kolejny był równie dobry a nawet lepszy.


Szampańskiej zabawy i do siego roku!


Szczęśliwego Nowego Roku!
Wystrzałowej zabawy!